,,Koło nas leśne skacząc boginki, bożeczki, powtarzały cichutko wieśniacze piosneczki''
- Adam Naruszewicz
Każdej nocy w Puszczy Lutyckiej na Bliskim Zachodzie rozlegało się kukanie. Ci, którzy choć trochę znali obyczaje ptaków, wiedzieli, że nie był to głos kukułki, ptaka dziennego.
- To Kukuś siedzi na topoli i kukaniem swoim zwodzi... - Prawił dziadek swoim wnukom domagającym się bajki przed snem.
Kukuś przypominał młodzieńca z głową kukułki, odzianego w przepaskę na biodrach i płaszcz z połyskliwych, granatowych piór. Istoty do niego podobne nazywano błudnikami. Pożywienie ich stanowiły liszki, to jest włochate gąsienice. Wykluwały się z jaj niczym ptasie pisklęta i nie potrzebowały do życia matczynego mleka. Każdy błudnik nosił na szyi bądź u biodra czarodziejski klucz ze złota. Kiedy nadchodziły srogie mrozy zimowe, błudniki używały swych kluczy do otwierania w pniach drzew bądź skałach bram prowadzących do Wyraju, zamorskiej krainy błogiego ciepła, bujnej roślinności i obfitości wszelkich owadów. Kukuś był jedynym błudnikiem mieszkającym w Puszczy Lutyckiej. Sam nie wiedział, skąd pochodził, ni też nikt inny nie był mu w stanie tego wyjaśnić. Jedynie Lirena, zaprzyjaźniona jaszczurka o zielonej skórze i głowie złotowłosej dziewoi, napomknęła kiedyś w rozmowie z Kukusiem, że wykluł się z olbrzymiego jaja o lazurowej skorupce.
- Cztery łabędzice przez cztery lata ogrzewały to jajo ciepłem swoich piersi. - Przekonywała Lirena, w całej puszczy znana pod przydomkiem Kłamczuchy.
Kukuś przesiadywał na gałęzi jak ten Dziw z dalekiego Roxu i swoim kukaniem prowadził ludzi na manowce. Szczególnie zawzięty był na opojów, wracający późną nocą z karczmy do swoich domów. Wodził ich po kłujących zaroślach, jak też z upodobaniem kierował na mokradła. Uważał, że zimna kąpiel jest doskonałym lekiem na skutki przepicia.
*
Nie można jednak sprawiedliwie powiedzieć, że Kukuś nienawidził ludzi tak jak Čorty i chciał im tylko szkodzić. Przeciwnie. Zdarzało się niekiedy, że wyprowadzał zabłąkanych z puszczy.
- Panie błudniku, nie zostawiaj mnie samego w tej dziczy! - Prawie płacząc, błagał Kukusia na klęczkach samotny podróżny. - Miał bladą twarz, rudą, spiczastą bródkę i chytry, jakby lisi wyraz oczu. - Ja nie chcę umierać! Mam w domu małe dziatki, nie chcę ich osierocić! Zlituj się, panie błudniku, a dam ci dwa srebrniki!
- Jak się zowiesz? - Spytał Kukuś.
- Jestem Jasiel, syn... - Błudnik przerwał mu skinieniem ręki.
- Chodź ze mną.
Jasiel podążył za Kukusiem w nadziei na rychłe opuszczenie lasu. Księżyc świecił, a nogi podróżnego rozbolały od wielogodzinnego marszu.
- Tu się rozstaniemy – oznajmił Kukuś.
- Dyć wciąż jestem w lesie! Oszukałeś mnie, błudniku.
- Ty oszukałeś mnie pierwszy, dając mi miedziaka zamiast obiecanych dwóch srebrników – wygarnął Kukuś. - W ogóle jesteś oszust i menda z targowiska, a ja lubię sprawiedliwość.
- Miej litość, panie, tu zjedzą mnie wilki! - Zawodził Jasiel.
- Powiem im, aby cię ruszały – obiecał Kukuś. - Spędzisz bezpiecznie noc w lesie a rano będzie ci łatwiej dotrzeć do domu.
Nie zważając na płacze i krzyki Jasiela, Kukuś odszedł w knieje. Rozpacz, którą Jasiel miał w sercu była czarna jak otchłań Čortieńska.
- Do kroćset! Tu jest strasznie; nie chcę tu być!
Ryc. za: Melvor Idle
Jasiel zaciskał pięści i złorzeczył Enkom, aż jeden z dębów, stary i pokryty spękaną korą, otworzył wielkie, czerwone oczy, przypominające ślepia lwa.
- Zdaj się na mnie – przemówiło drzewo, otwierając paszczę pełną ostrych, białych kłów. - Podejdź bliżej, a zakończę wszystkie twoje troski.
Jasiel posłuchał. Zbliżył się do mówiącego drzewa i upadł przed nim na kolana, oczekując zmiłowania. Dąb oplótł go mocno jednym z korzeni niczym macką ośmiornicy i podniósł na wysokość gęby. Zamierzał go pożreć.
- Obiecałeś mi pomoc! - Zawołał Jasiel z wyrzutem w głosie.
- Schrupię cię tak szybko, że prawie nic nie poczujesz – zapewnił drzewny potwór. - Wszak zmarli ani nie chorują, ani nie umierają, cha, cha!
Jasiel zzieleniał ze strachu. Milczał jak kłoda, myśląc jedynie: co ma być, to będzie. Gotowy na śmierć, usłyszał dźwięki pieśni, podobne srebrnym dzwoneczkom, które rozbrzmiewały w lesie: ,,Wielka jest nasza pani, Anahita, która łamie strzały Archivraga!'' Jasiel spostrzegł, że dębowy potwór zamarł. W miejscu straszliwego oblicza, płonących ślepi i wyszczerzonych kłów miał teraz gładką korę, zaś korzenie opadły na ziemię nieruchome. Nie przypominały już w niczym chwytnych macek kraka – ośmiornicy. Czarodziejską pieśń nuciły cztery nimfy w kusych, białych sukienkach. Jedna z nich miała włosy czarne, druga – rude, trzecia – złociste, czwarta zaś zielone. Jasiel upadł im do nóg i oddał pokłon.
Ryc. za: Magnific
- Wysławiam was, łaskawe rusałki!
- Niemądrze postąpiłeś, wierząc Dębniakowi – rzekła czarnowłosa. - Jego serce jest przepojone złem i wstyd przynosi całej rasie Entów.
- Nie jesteśmy rusałkami – zabrała głos ruda – jeno bożeczkami.
- Porzeczkami? - Nie zrozumiał Jasiel.
- Bożeczkami – powtórzyła z naciskiem ruda.
- Mocą łaskawej Mokoszy zrodził nas krzew porzeczkowy. Mokosza Anahita poruczyła nam opiekę nad dziadem i babą, którzy mieszkali samotnie, nie mając nikogo bliskiego.
- Troszczyłyśmy się o nich jako ich przybrane córki. - Dodała złotowłosa.
- Dziad i baba pomarli, jak to jest pisane synom ludzkim i są teraz szczęśliwi w Nawii Jasnej jako jytnas. My zaś po ich śmierci zamieszkałyśmy w lesie. - Zakończyła zielonowłosa.
Jasiel uchwycił się deski ratunku.
- Czcigodne, łaskawe, urodziwe bożeczki – skamlał jak pies – czy pomożecie mi opuścić ten las i wrócić do mojej osady?
Pomożemy – rzekła poważnie czarnowłosa. - Obiecaj jednak na Trygława, że będziesz odtąd postępował uczciwie.
Prawili bajarze, że Jasiel po spotkaniu z bożeczkami dotrzymał danego słowa, a ja im wierzę.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz