środa, 15 maja 2013

Bocian



,,Bocian, (Ciconia ciconia L.) [...] Ptak duży, barwy białej o czarnych lotkach. Dziób i nogi czerwone, bardzo długie, nogi w górnej części nieopierzone, trzy palce przednie spięte błoną, tylny sięga aż do ziemi. [...] Żeruje najchętniej na mokradłach, żywiąc się żabami, jaszczurkami, [...], owadami, młodymi zającami, pisklętami innych ptaków, nawet nie gardzi jadowitymi żmijami. [...]. B. jest ulubionym ptakiem naszego ludu [...]’’ - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 2 Assurbanipal do Caudry’’


- Masz tu worek. Chcę, abyś go spalił – mówił Jarowit dos wego sługi, zwanego Bociek. Na jego barki włożył ogromny wór i wrócił do innych Enków. Bociek uczuł jego ciężar, aż przysiadł. ,,Co w nim jest’’? – spytał sam siebie. Odłożył ciężar i zabrał się do rozpalania ogniska. Nagle coś go tknęło. ,,A może w tym worku jest złoto, srebro, perły i drogie kamienie? W takim razie to ognisko byłoby cudowne. Dlaczego jednak Jarowit chce zniszczyć tak piękne rzeczy? Pewnie dlatego, że chce pokoju, a ludzie zabijają się dla klejnotów. A te nie są przecież złe same w sobie! Czy naprawdę muszę je palić? Jarowit chyba się nie pogniewa, jeśli otworzę worek i uszczknę trochę dla siebie’’ – z tą myślą powoli zaczął rozwiązywać wór. Coś zapiszczało i zabuczało i przerażony Bociek ujrzał masy myszy, szczurów, szarańczy, chrabąszczy majowych, norników, polników, ślimaków z muszlą i bez, które rozlazły się po całym świecie.
- Co ja zrobiłem?! – wrzasnął sługa Jarowita.
Jakiś głos mówił mu: ,,Źałuj i umieraj’’. Wyrwał sznur z worka i zarzucił go na gałąź pobliskiego drzewa. Do drugiego końca przywiązał siebie i powiesił się. Po jakimś czasie Jarowit przyszedł, by spytać go czy wykonał zadanie. Ujrzał świat zalany zwierzętami z worka, zaś samego Boćka dyndającego na gałęzi. Zlitował się nad nim i zamienił w dużego, białego ptaka z czerwonym dziobem i nogami. Trochę jednak gniewał się nań, totez za karę osmalił mu końce skrzydeł piorunem. Ptaka nazwano ,,bocianem’’ i jako były człowiek pokutujący za swą głupotę, cieszy się sympatią i szacunkiem na polskiej ziemi. Nie boi się również ludzi i chętnie zakłada gniazda na dachach chałup. A ponieważ nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, zwierzęta, które wypuścił z worka jako człowiek posłużyły za pokarm innym zwierzętom.

Wierzba




W siole Sierpkowice przed jedną z chat stanęła kobieta odziana w łachmany, jednakże jej twarz była piękna. Na palcach miała szpony orlicy, a w oczach – dwa koziołki.
- Dobrzy państwo; dajcie mnie ubogiej czegoś do jedzenia. Pięknie proszę! – żebrała przed chatą Kriva i Drevlany, spodziewającej się dziecka.
- A ty idź won wędrusko – w oknie ukazała się pąsowa z gniewu pani domu. – Słyszysz wywłoko; już cię nie ma!
- Pani złota, ja głoduję! – oponowała żebraczka.
- To sobie wyczaruj żarcie! – burknęła Drevlana i odwróciła się, by móc się krzatać w kuchni.
Żebraczka zawołała na całą wieś:
- Żeby z łona waszego dziecka nie wyszedł syn ni córka! – ledwo wypowiedziała ostatnie słowo, rozpłynęła się jak mgła.
Miesiące mijały jak z bicza strzelił, az Drevlana urodziłą córeczkę. Dziecko rosło i mialo się dobrze, lecz matkę dręczyły dziwne sny. Śniła, że rodzi niemowlę z kamienia, lub z drewna, a tłumy dziewcząt, chłopców i dorosłych wytykają ją palcami szydząc. Czekała na wnuka, lecz jakiś szyderczy głos świdrował jej uszy: Bezpłodna! Bezpłodna! Po każdym z takich snów, kobieta budziła się zlana zimnym potem. Któregoś dnia, gdy jej córka, zwana Wierzbą wyrosła na piękną dziewczynę o czarnych włosach, Drevlana zaprowadziła ją do bab, by zbadały, czy istotnie nie może mieć dzieci. Jakaż była rozpacz matki i ojca, gdy ich obawy zostały potwierdzone! Nie będą mieli wnuków, a cała wieś będzie wytykać Wierzbę palcami, mówić, że jest przeklęta przez Enków; żaden chłop nie będzie jej chciał za żonę. Również sama dziewczyna zmartwiła się, że nigdy niegdy nie zostanie matką. Jednak Mokosza bardzo kochała tak ukrzywdzone niewiasty i nieraz pomagała im zostać matkami. To ona zdjęła bezpłodność z Limby, żony Giewonta i z jej córki – Tatry. Cała rodzina błagała w chramie o zdjęcie złego czaru z Wierzby. Pewnego dnia, a raczej nocy, Drevlana nie mogąc zasnąć, ujrzała w izbie jakąś niewiastę w koronie z płomieni, ubraną w białą suknię i zielony płaszcz. ,,Kriv! Obudź się! Sama Mokosza nas odwiedza’’! – chciałą krzyknąć, lecz nie mogła, tylko poszturchiwała męża. Aredvi dotknęła śniącej o odmianie losu Wierzby, a następnie rzekła do Drevlany:
- Uczynię waszą córkę najpłodniejsza z niewiast, a wy przygotujecie ją do służby w mym chramie – Wierzba zostałą odczarowana, a po Mokoszy nie został w izbie ani jeden ślad. Tak myśleli Kriv i Drevlana, lecz rano, na posłaniu córki znaleźli długi, złoty włos. ,,A więc to nie był sen. Aredvi odczarowała nasze dziecko’’ – myśleli rodzice po czym uczcili to piwem i miodem, zabiciem prosiaka i upieczeniem kołaczy, co ściągnęło do ich chaty połowę wsi. Poważnie potraktowali rozkaz Mokoszy o przygotowaniu Wierzby do służby w chramie. Dostała nową, białą szatę z wyszytym na piersi czerwonym, wizerunkiem Enki, którą otaczało dwóch jeźdźców na koniach, cztery kwiaty, cztery pawie i dwa motyle. Na głowie Wierzba nosiła wianek z lilii, do czoła miała przywiazany szafir. Jej palec zdobił pierścień z wyobrazeniem jednorożca.1 Mokosza udzieliła jej takiej mocy rozrodczej, że z jej łona wychodziło złoto i srebro, za które świątynia wykupywała jeńców pojmanych przez bandę Osteryka, kwiaty, kamienie, perły, szaty, ciasta, które następnie składała w darze Mokoszy i innym Enkom, zboże, drób, ryby, bydło, którymi wspierała ubogich i pogorzelców, leki na wszystkie choroby, a nawet broń do odpierania ataków zbójców (z urodzonego przez nią łuku, kapłan Sulimir posłał strzałę w oko samego Osteryka). Mogła rodzić co chciała, lecz pragnęła mieć dzieci. Mokosza pozwoliła jej poślubić bezpłodnego Bolesława. Kilka dni po ślubie rozszarpały go w lesie, gdzie szedł wbrew ostrzeżeniom strzygi, a Wierzba powiła sto dzieci – pięćdziesięciu chłopców i tyleż dziewczynek. Rzecz niezwykła w owych czasach - wszystkie przeżyły. Część wybrała służbę w chramie, część została ratajami w Sierpkowicach, a jeszcze inne założyły nowe sioła. Nie przestawała być piękna, a choć serdecznie kochała Mokoszę, powoli wzbijala się w pychę. Była znana i szanowana przez całe Sierpkowice, aż z Gryfii i wyspy Cortix przybywały do niej bezpłodne kobiety, które leczyła mocą swej pani. Pewnego dnia słysząc słowa pieśni ,,Wierzba zrodziła setkę dzieci, a z łon Mokoszy, Dziewanny i Juraty wyszło całe życie’’ pomyślała sobie: ,,Żadna z niewiast nie jest tak płodna jak ja, niewiele ustępuję Aredvi, a mimo to nikt nie oddaje mi czci, nawet jako jytnas. Czyż jestem gorsza od Enków’’? Myśłi te trapiły ją codziennie, w ednie i w nocy, aż wreszcie Wierzba postanowiła: ,,Zrodzę hufiec olbrzymów, które poprowadzę na Wielki Dąb. Zwyciężę Enków i cała ich sława spłynie na mnie’’. Jej łono opuściło tysiąc chłopców, którzy gdy dorośli, stali się wielkoludami, bez ludzkich uczuć. Zrobili sobie zbroje ze skór wielkich ryb z jezior krainy Burus, miecze z obsydianu, oraz wielką klatkę. ,,Zamknę w niej Mokoszę, Juratę i Dziewannę, a Świętowit, Swaróg i Boruta będą moimi mężami. Oczywiście znajdzie się w niej miejsce dla Gromorodnej, bo Jarowit tez mi się podoba’’ – pomyślała. Opuściła chram i stanęła na czele armii swych synów. Rozpięto chorągiew z fantastycznym drzewem rosnącym nad wodą. Wierzbę poparło wielu mieszkańców Sierpkowic – starszyzna, jak i młodzież. Dowodziłą z grzbietu białej klaczy, ubrana w krasną suknię wystającą spod skóry ojcowskiego karpia. Pancerne olbrzymy przemaszerowały na południe siejąc zniszczenie. Siódmego dnia od wymarszu nad chorągwią z wizerunkiem drzewa załopotały skrzydła wielkiego jak Kraken smoka. Był brunatny, miał siedem głów i dziesięć ogonów.
- To Girginicz! – najbojaźliwszy z olbrzymów zasłonil się szczetem, spiął konia i chciał zawracać, lecz jego bracia szyli do poczwary z łuków.
- Głupcy! – ryknął smok Girginicz i wszystkie siedem paszcz plunęło ogniem, a następnie tchnieniem zamrażającym rzeki i morza. Bestia obniżyła lot i poczęła pożerać trupy koni, wielkoludów i sierpkowiczan. Ledwo żywej Wierzby smok nie zauważył. Poleciał dalej paląc dla rekreacji sioła i lasy. Jego ofiarą padły tez Sierpkowice – zginęl wóczas Kriv i Drevlana, rodzice Wierzby. Ona sama, pozbawiona wierzchowca, poczuła, że jej nogi grzęzną w błocie. Usiłowała je wydobyć, lecz jeszcze bardziej zanurzała się w czarnej mazi. Płąkałą widząc klęskę swej armii, przerażeniem napawała ją perspektywa utknięcia na stałe w rozmokłej ziemi. ,,Mokosza zemściłą się na mnie. Chciałam ją uwięzić, a to ona mnie uwięziła’’! Jej serce napełniła skrucha, a ona sama była mokra i czerwona od łez. Zrzuciła rybią skórę, lecz nadal nie mogła wyjść.
- Matko wybacz! – krzyknęłą, a w uszach usłyszała: ,,Przebaczam ci’’.
Jej nogi zamieniły się w korzenie, skóra zgrubiała i stała się brązowa, twarz rozpłynęła się, a ręce i włosy były teraz giętkimi gałązkami, na których wyrosły zielone listki. Wierzba stała się dziwnym drzewem ze swej chorągwi – teraz zwie się ono ,,wierzba płacząca’’ i jest symbolem płodności (czarownice często robiły swe miotły z drewna wierzbowego). Rosła całymi wiekami, obumarła dzień przed potopem. Od niej wywodzi swój ród plemię Drewlan i Piotr Wierzba z Pawlaczycy.

1 W tym wypadku – symbol dziewictwa. Autor jest przeciwnikiem ,,wolnej miłości’’ i czynów homoseksualnych.

Chrzest Polski


To opowiadanie znalazłem w ,,Codex vimrothensis’’. Nie potwierdzają jego prawdziwości ani Kościół, ani historycy. Jest to bowiem wyłącznie twór bujnej wyobraźni Innowojciecha Błyszczyńskiego.
Mieszko (Metytlałos), gdy został królem, wziął sobie za żony siedem niewiast. ,,Biada!’’ – myśleli poddani. ,,Tyle samo żon miał król wąpierzy Tybald, wielki niegodziwiec, zabity przez księcia Ruryka’’. Jednak Mieszko panujący miłosiernie i sprawiedliwie, nie przypominał zgoła króla wąpierzy. Jego żonami stały się najpiękniejsze i najmilsze panny z niemal całego kraju: Listka z Pomori, Dobrota z Polani i Jarota z Gopalni, Lisywka z Lubusza, Zwolenka z Mazivy, Szarotka z Montanii i rusałka Lilistka z Zielonych Stawów. Każda miała tytuł królowej i w swojej części Analapii miała przecudny pałac, każdy jeszcze z czasów Popiela II Gnuśnego, służbę, zwierzyniec i wszelkie dobra, sprowadzane z dalekich stron przez kupców arabskich.


,,Mieszko nawet nie wiedział w jak wielkiej żył nędzy’’

- głosił utwór, którego tytuł się nie zachował. Pewnego razu, król udał się z braćmi Czciborem i Budzimirem na łowy do puszcz okalających gród stoleczny. Goniąc za jeleniem, odłączył się od orszaku i zapuścił w ruiny chramu wszystkich bogów. Ongiś król Popiel I Okrutny miał sen, w którym król izraelski Salomon, cesarz bizantyjski Justynian Wielki i Papież, przyszli do nesty i złorzyli mu hołd. Popiel tak zrozumiał sen; ,,Wybuduję przybytek większy i wspanialszy niż świątynia w Jerozolimie, cerkiew Hagia Sofia w Carogrodzie i kościół świętego Piotra w Rzymie’’. W jego zamyśle, ów chram miał być tak wysoki jak obecna Statua Wolności. Wnet zgromadził środki i rozpoczął budowę. Jednak jego budowniczy nie potrafili wznieść budowli tak wysokiej, przeto zawaliła się, pogrążająć Popiela I w smutku i wściekłości.
Mieszko stracił jelenia z oczu. Słońce paliło niemiłosiernie, więc zsiadł z konia i postanowił się zdrzemnąć wśró ruin. Przespal się trochę, aż zbudził go śpiew; piękny jakby śpiewała rusałka, albo okeanida.

,,Oświecony przez Ducha,
ochrzczony w ogniu,
kimkolwiek jesteś, dziewicą, mnichem, kapłanem,
ty jesteś tronem Boga,
jesteś siedzibą, jesteś narzędziem,
jesteś światłem Boskości’’1.

Mieszko zerwał się na równe nogi. Ujrzał cudną Pannę w sukni błękitnej, noszącą koronę, której skronie zdobiły złote pierścienie. Bił od Niej łagodny blask jak od małego Słońca, a zapach roztaczała niczym lilie i róże. Na ramionach trzymała Niemowlę w koronie, a pod stopami miała boga wód Żmija, którego czczono ofiarami z dziewic. Władca nie mógł wymówić ani słowa, ani czuć pożądania, jak wówczas gdy widział żony. Z czcią padł na twarz, aż Panna znikła. Tymczasem nadjechali bracia Mieszka.
- Dlaczego leżysz na ziemi? – sytał Czcibór.
- Bo ujrzałem boginię potężniejszą od Żmija – mówił rozpromieniony król Analapii.
- Trzeba spytać się kapłanów, może oni wiedzą, jakie jest Jej imię – stwierdził Budzimir.
Nie czekając, Mieszko zawołał przed swe oblicze kapłanów i opowiedział im o swym widzeniu, pytając o imię ,,bogini’’.

,,Niewiele, prócz tego, że byli, wiemy o pogańskich kapłanach naszych ziem. Czy nosili długie szaty druidów? Rozczochrane brody derwiszów? Biel rzymskich celebransów? [...]’’

- pisał o nich Ludwik Stomma. Zapytani przez władcę, długo się zastanawiali. Mówili o Mokoszy, Marzannie, Dziewannie, oj daleko było im do zgody! Któryś powiedział, że Ta, którą widział Mieszko, nosi wiele imion, a inny nabrał wody w usta. Król zaczynał już się niecierpliwić. Wreszcie najmądrzejszy z nich zaproponował:
- Spróbuj panie, pójść tam jeszcze raz, a jeśli Ona znów się tobie ukaże, spytaj Ją o imię – tak właśnie zrobił Mieszko. Udał się znów na ruiny chramu, razem z siostrą Jagodą, późniejszą Adelajdą, królową Węgier. Obojew czekali i prosili Panią w Błękicie, by znów się ukazała. Wtem – zobaczyli Ją! Brat i siostra padli na twarze, po czym Mieszko z trwogą rzekł:
- Jakie jest Twoje imię, o najwspanialsza z bogiń?
- Jestem Maryja. Nie nazywaj Mnie boginią. Nie ma żadnych bogów, ni bogiń, jest tylko jeden Bóg.
- A czy nie ma także takiej bogini, co ją czczą od niepamiętnych czasów wszystkie ludy? – odezwała się Jagoda.
- Jej też nie ma. Bóg jednakowo kocha mężów i niewiasty i za nich i za nie przelał swą Krew.
- Więc kim jesteś, Pani? – siostra Mieszka zadała kolejne pytanie.
- Jam córą Ewy, tak jak ty – mówiła do Jagody. – Bóg wybrał Mnie na Matkę swego syna Jezusa Chrystusa i poczęłam jako dziewica, za sprawą Ducha Świętego. Bóg jest jeden, ale w trzechy Osobach. Pragnie, abyście wy i wasz lud przyjęli wiarę w Niego, lecz aby to zrobić musicie odrzucić wiarę ojców, bo choć droga waszym sercom, nie ma w niej Prawdy. Nie ma kogoś takiego jak Bóg Niemców. On kocha całą rasę ludzką, a jednego z waszych potomków powoła na swego zastępcę. – Widzenie się skończyło, ale odtąd Mieszko, razem z siostrą, lub braćmi, niemal codziennie chodził na ruiny Popielowego chramu, by rozmawiać z Maryją. Po pewnym czasie, postanowił przyjąć chrzest. Jego siostra chętnie się zgodziła, Czcibór mniej chętnie, a Budzimir do końca życia został poganinem, choć umierając wzywał Jezusa i Maryję. Możnym z otoczenia króla żal było starej wiary. Aby ich przekonać, król pokazał im dwie szkatułki. Jedna była ze złota, a druga z brzozowego drewna.
- Jak myślicie, której zawartość jest cenniejsza? – spytał Mieszko.
- Złotej – stwierdzili zgodnie możnowładcy, a gdy król ją otworzył, ze szkatułki wydobył się straszliwy odór gnoju. Wtedy władca otworzyłą tę drugą i już nie było czuć gnoju, lecz przecudne wonności, daninę kupców arabskich. Wielu skłoniło to do przyjęcia chrztu, dając do myślenia. Wreszcie nadszedł dzień chrztu. Miał on miejsce na Wyspie Ledy, lub jak kto woli – w Ratyzbonie. Chrzcił biskup misyjny Jordan, człowiek surowy, lecz dobry.

,,Nagnij hardy kark i słuchaj: Pal to co czciłeś, czcij to co paliłeś’’

- tak ongiś mówił ten co chrzcił Klodwika, króla Franków i przyjaciela króla Bogdala. To samo powiedział Jordan władcy Analapii. Biskup chrzczący Analapów przeżył wiele przygód. Raz w lesie napadli go zbójcy i już miał zginąć, gdy uratowali go leśni ludzie. Jordan napisał o nich długi list adresowany do Papieża. Zakończył go słowami:

,,Gdyby leśni ludzie znali Chrystusa, żaden lud nie czciłby Go tak gorąco jak oni’’.

Neofita oddalił wszystkie swe żony i poślubił Dobrawę z Bohemii. One też przyjęły chrzest i każda znalazła sobie dobrego męża. Niebawem Mieszko udał się znów na ruiny Popielowego chramu, tym razem z Dobrawą i po raz ostatni przed śmiercią ujrzał Maryję.
- To Ona przywiodła mnie do chrztu – rzekł Dobrawie, po czym zdjął z palca pierścień Wizimira, który przez wieki nosili królowie analapijscy i rzekł:
- Zabierz go do Nieba i niech się zapełni Analapami, zaś mój lud niech zasłynie z czci ku Tobie!
- Amen – odrzekła wzruszona Dobrawa, a Maryja znikła.
Po raz kolejny od czasów Wandy i Bogdala, w glebę ludu analapijskiego wrzucono ziarno Dobrej Nowiny, tym razem na trwałe. Mieszko, zwany ,,Dawidem Północy’’ ułożył na cześć Maryi hymn - ,,Bogurodzicę’’. Trwała uczta na zamku w Neście. Nagle – Mieszko wstał, podniósł w górę srebrny, zdobiony turkusami kruż, napełniony małmazją i zawołał po starokrasnemu:
- Eichen lyva kristiyeńskaya Palana! – wszyscy osłupieli, a on powtórzył po łacinie: ,,Vivat Polonia christiana’’!, a w końcu wypowiedział te słowa po słowiańsku: ,,Niech żyje chrześcijańska Polska’’!
Dobrawa pierwsza wstała ze swoim pucharem i rzekła ,,Niech żyje’’, a za nią toast wzniósł biskup Jordan i pozostali biesiadnicy. Od tego czasu, kraj założony ongiś przez Lecha I Dalmackiego, już nie zowie się Analapia, lecz Polska. Nazywa się tak po dziś dzień. Jednak Analapia nie umarła. Wszystko co był w niej piękne, prawdziwe i dobre, przejęła i pomnożyła chrześcijańska Polska.

1 autentyczne

Popielidzi



,,Popiel, legendarny książę gnieźnieński, zjedzony przez myszy za niegościnność i tyrańskie rządy’’ - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 14 Polska Agencja Telegraficzna do Rewindykacja’’.


Dynastia Popielidów (Pompiluszów) wydała dwóch władców. Juliusz Słowacki w ,,Balladynie’’ pisze o Popielu III, którym okazał się Pustelnik.
Popiel, wojewoda króla Abrahama Prochownika, pochodził z bardzo starożytnego rodu. Jego założycielem był syn kupca z Apapu, żyjący w erze dwunastej Pompiliusz, przez Słowian zwany Popielarzem. Mieszkał w siole Syrokomlach na polskiej ziemi i wziął udział w wyprawie Samona i Króla Myszy w poszukiwaniu krasawicy Żyrosławy, porwanej przez króla wąpierzy Tybalda. Junacy znaleźli ją uwięzioną na szczycie Szklanej Góry, a Król Myszy poradził im jak dostać się na sam wierzchołek. Niestety, wampir zamienił Żyrosławę w potwora. Smutny był więc powrót do wioski. Rozżalony Popielarz zabił Króla Myszy; nigdy nie lubił tych zwierząt, a ponadto niesłusznie obwiniał go o straszną przemianę piękności. Za karę myszy spaliły dom Popielarza, a on zginął w płomieniach. Przeżył tylko jego syn, Otrok. Ród założony przez Pompiliusza bogacił się na uprawie ziemi, hodowli, rzemiośle i handlu, aż wszedł w szeregi analapijskiego możnowładztwa. Pompiliusze od początku rywalizowali z Błyszczyńskimi i urządzali zajazdy na ich dobra; Wymrocze i Błyszczydła, oraz na saczek. Raz jednak, kroniki obu rodów zanotowały jak Gościwit z Popielarzy i Dobrosława Błyszczyńska wzięli ślub po wielu trudnościach, a ich miłość była wielka. Kiedy na Analapię najechał król sarmacki Arx, Popielidzi początkowo bronili bronili kraju, lecz gdy tylko król Jurand III przegrał, złożyli hołd władcy Sarmatów. Byli mu lojalni aż do czasu, gdy królowie Częstogniew I i Wiwołd V odzyskali swe królestwa. Tymczasem Błyszczyńscy nigdy nie uznali władzy sarmackiej, za co spotkały ich liczne represje, a wielu członków tego rodu schroniło się w Bohemii. Częstogniew I przebaczył Popielidom zdradę. Bronili kraju przed Persami, Grekami, Rzymianami, Wandalami, Brytami i Hunami, a najdzielniejszym i najzdolniejszym wojownikiem z ich rodu był Popiel. Za panowania króla Lisa, odpierał najazd Karola Wielkiego. Sam hrabia Roland nazywał go ,,Młotem na Franków’’. Król Abraham Prochownik uczynił go ministrem wojny, a ponieważ nie miał syna, wyznaczył go na swego następcę.
Popiel był wysoki i muskularny. Polując rzucał się z samym tylko kordelasem na żubry, tury i niedźwiedzie, a na wojnie niczym wichura powalał frankijskich rycerzy, tęgich jak dęby. Zdawało się, że na tronie w Neście zasiada Samson, Goliat, Ilja Muromiec, Górzychwał, zwany Heraklesem, albo Giża z Sirenopolis. Na początku jego rządów na Analapię uderzyli wszyscy sąsiedzi. Cesarz Ludwik Pobożny od zachodu, a od południa król Bohemii i Slawijczycy; jeszcze nie chrześcijanie, ale już nie wierzyli w rządy królowej Tatry. Od wschodu nadciągnęli wodzowie Ludu Roksany i konaci Burus i Jatvy. Jakby tego było mało, Morzem Srebrnym płynęły w stronę Sedinum i Canum drakkary Danajów i Waregów. ,,Bogowie się od nas odwrócili, karząc za króla Abrahama co krzewił u nas chazarską wiarę’’ – biadano powszechnie. Jednak Popiel I stanął na wysokości zadania. Swoim poddanym nie obiecywał niczego, oprócz ,,krwi, walki i śmierci’’. Zwalczał wrogów wojną podjazdową, zawierał kłamliwe sojusze, kazał szpiegom doprowadzić do sytuacji, by wrogowie zostali skłóceni. Był dla nich lwem i lisem, a najeźdźcy jeden po drugim wycofywali się z Analapii. Gdy cesarz Franków uzupełniał straty, w sukurs przyszedł mu Mrowiec ze Śląża, namiestnik Bliskiego Zachodu. Jego ród wywodził się z Muromy, mającej w herbie czarną mrówkę na polu srebrnym i szczycił się pochodzeniem od wielkiego Ilji. Wysłał posłów do Ludwika Pobożnego z propozycją, że zdradzi Analapię, złoży hołd cesarzowi, a nawet przyjmie chrzest, czego nie zrobił. W zamian oczekiwał, że będzie królem Bliskiego Zachodu. Syn Karola Wielkiego zgodził się i Mrowiec bez ostrzeżenia począł wycinać w pień wojska Popielowe, dochodząc aż pod wały Nesty. Wreszcie Frankowie jako ostatni wróg zostali pokonani, jednak Bliski Zachód został utracony, a granica Analapii stanęła na Odirnie. Mrowiec rządził w grodzie Kopanicy - Kopniku jako udzielny władca; w czasie wojny z Popielem, cesarz Ludwik włożył mu na głowę swój diadem, co stanowiło zachętę do przyszłej koronacji. Księciu ani śniło się chrzcić, a mimo to wciąż marzył, że Papież uwieńczy jego skronie koroną. Nic z tego. Między Lebaną a Odirną wybuchł bunt. Mrowiec został zabity, a liczne plemiona Bliskiego Zachodu poczęły walczyć ze sobą. Popiel wyruszył za Odirnę, by odzyskać utraconą prowincję, lecz poniósł klęskę i ledwo uszedł z życiem.
Król wracając zza Odirny, jechał lasem w stronę stolicy. Towarzyszył mu zbrojny orszak. Wojownicy stanęli nad potokiem, szukając brodu, a ich oczom ukazała się przecudna panna w sukni białej jak lilia, a o włosach barwy złota. Na głowie miała wieniec z ruty. Siedziała na brzegu, a stopy i dolna część sukni znajdowały się w wodzie. Król patrzył na nią jak ongiś lubieżny Araniełło na dziewiczą Litenę. Ukryty za drzewami rozmyślał nad czymś, bił się z myślami, wpatrywał się w niewiastę jak sroka w gnat. Ona nie zauważyła królewskiego orszaku. Wpatrzona w lusterko czesała włosy, których pozazdrościć mogłyby Wanda i Libusza i śpiewała niczym syrena. ,,Rusałka’’ – pomyślał Popiel. Pod groźbą obdarcia ze skóry rozkazał swym wojom, by porwali cudowną istotę, a ci zrobili to. Niewiasta płakała jak torturowane dziecko. W Neście, Popiel uczynił ją swą żoną. Okazało się, że ma na imię Suliszka i należy do szczepu leśnych ludzi. Nazajutrz do króla przybył ich wódz, by prosić o oddanie mu żony. Został wyrzucony za bramę, a wtedy spróbował porwać swą żonę. Nie udało mu się – został schwytany i wbity na pal. Król zapłonął gniewem i rozpoczął tępić leśnych ludzi w całym kraju, przez co zapisal się w dziejach jako Popiel I Okrutny. Wielu Analapów sprzeciwiło się jego woli – należeli do większości, a przypłacili to wbiciem na pal, obdarciem ze skóry, czy ćwiartowaniem kończyn, zakończonym ucięciem głowy. Często skazywał na śmierć winnych i niewinnych, a krzyki ofiar topił w wódce, winie i sprowadzanej z Bizancjum rakii. Suliszka, która powiła następcę tronu o imieniu ojca, była żoną pierwszą, lecz nie jedyną. Popiel miał siedemnaście żon, a nie wahał się skazywać na śmierć ich byłych mężów, byle tylko dogodzić żądzy, z podszeptu Kani i Paskudy. Poddani, którzy jeszcze niedawno byli gotowi ginąć dla niego, teraz lękali się jak ongiś smoka z Vovel. Tak jak królowie izraelscy; Salomon, Achab i Herod Wielki, czy egipscy faraonowie był wielkim budowniczym. Próbował zbudować chram wszystkich bogów tak wysoki jak obecna Statua Wolności. Tak jak poprzedni król, utrzymywał kontakty z cesarstwem Abisynii. Ksiądz Jan I Prester wysłał mu w prezencie stado pięciu lwów i pięciu lwic. Popiel karmił je skazańcami, a czasem dusił jak Samson, albo Górzychwał, zwany Heraklesem. Zginął na polowaniu zabity przez rannego dzika.



*
Popiel II Gnuśny, zwany Popielem Długowłosym, Chwostkiem, Chostkiem, Koszyszkiem, a po germańsku – Osterykiem był rudy. Nosił wąsy, brodę, a jego włosy przetykane srebrną nicią i zdobione złotymi dzwoneczkami sięgały mu do pasa. Okrucieństwa ojca budziły w nim żal i odrazę. Gdy tylko został królem, zabronił mordowania leśnych ludzi, a także tych, którzy im pomagali. Nie lubił rozlewu krwi, także zwierzęcej. Unikał polowań, tak jak wielkie królowe Tatra, Wanda i Libusza. Pociągały go za to muzyka i poezja. Niestety nie był wolny od wad. Jego współcześni wytykali mu lenistwo, uwiecznione w przydomku ,,Gnuśny’’. Miał wiele żon i kochanek, a niczym Sybaryci i Araniełło na oczach poddanych odwiedzał zamtuzy. Pamięć po okrucieństwach ojuca, który go nie kochał, topił w całych gąsiorach wódki, kuflach piwa i dzbanach wina, a jego nos miał barwę nieba o zachodzie Słońca. Oszołomiony winem raz zasnął pod płotem kmiecej zagrody, a innym razem przyjmował posłów z Bohemii w niewieścich szatach. Z jego żon najważniejsza była Brunhilda, zwana też Ryksą (Rixa). Była córką cesarza niemieckiego, lub jednego z możnowładców saskich. Wyróżniała się urodą. Wspaniałe rude włosy sięgały kostek zdobionych złotymi bransoletkami. Oczy miała zielone jak liście, sama zaś była smukła jak łania, lub rusałka. Podziw wzbudzał również jej strój, który tworzyły biała, jedwabna suknia z płaszczem barwy korony świerku i złote ozdoby; diadem z wyobrażeniem białego orła Tineza w koronie, kolczyk w nosie, kolczyki w kształcie żołędzi, a do tego obręcz opinająca włosy i pas, nabijane rubinami. Jej ojciec był oczywiście chrześcijaninem, a Brunhilda w posagu wniosła ogromny, złoty krzyż, dar arcybiskupa Trewiru, który został ustawiony w skarbcu w Krišvicy. Królowej nie zależało, by Popiel ochrzcił swój kraj. Co więcej, porzuciła wiarę w Chrystusa na rzecz bóstw słowiańskich. Myślała, że usprawiedliwi to jej żywot rozpustny i pijacki, choć przecież Zakon króla Cztana III nakazywał niewiastom, by żyły czysto i cnotliwie, a w razie śmierci męża, jedna ginęła na jego stosie pogrzebowym. ,,Codex vimrothensis’’ nazywa ją Brunhildą Apostatką (Vrungilda Apostatsis). Popiel był jej posłuszny jak niewolnik. Z jej powodu wielu niewinnych skazano na śmierć, a urzędy i przywileje rozdawano za pieniądze. Innowojciech Błyszczyński nazwał tę parę ,,Neronem i Messaliną Północy’’. W całej Analapii, posiadali wspaniałe pałace, jeden piękniejszy i wygodniejszy od drugiego.
Podówczas, zapożyczony od Karolingów urząd majordoma sprawował Piast (Piyast, Piastun), syn chłopa Chościska. Jako jeden z nielicznych urzędników w czasach Popielidów, swe stanowisko zawdzięczał nie bogactwom, czy oszustwom, lecz pracy i zdolnościom. Będąc majordomem, czyli przełożonym niewolnej służby pałacowej Popiela i pierwszym po królu dygnitarzem państwa, mógł sobie pozwolić na życie równie wystawne co król, nie chciał jednak zrywać ze swym chłopskim pochodzeniem.Popadł w niełaskę i pozbawiony urzędu, ponownie zamieszkał w chałupie, trudniąc się jak drzewiej pracą w pasiece i wyrobem kół do wozów, zwano go przeto Piastem Kołodziejem (Piyast Rondofaber). Popiel II Gnuśny był bogaty, a jego szlachetny majordomus żył w dobrowolnym ubóstwie – od tego czasu Polacy nie lubią zamożniejszych od siebie. Piast miał żonę Rzepichę (Ripika, Rzepka) i syna, którego dzień postrzyżyn zbliżał się wielkimi krokami. ,,Codex vimrothensis’’ twierdzi, że Rzepicha nie była Słowianką. Pewien kupiec z Jatvy zabrał w podróż do Analapii swą ciekawą świata córkę Ripikę. Dotarli do Nesty, a tam na dworze popielidzkim, Ripika poznała majordoma Piasta. Pokochali się i pobrali, a kupiec wrócił do Rajgrodu bez córki. Ta poznała słowiański język Piasta, który jej imię wymawiał Rzepicha, lub Rzepka. W czasach gdy nieuczciwość zaczęto uważać za coś normalnego i dowodzącego zaradności, oni żyli uczciwie, a niektórzy snuli takie marzenia: ,,Gdyby to Piast był królem, a Rzepicha królową, powróciłaby do kraju świetność starożytna, jak za Lecha lub Kraka’’. Piast jednak nie myślał o obaleniu Popiela, któremu ongiś ślubował wierność. Upominał go i tłumaczył, że oddawanie się rozpuście i pijaństwu jest niegodne króla kraju, który zwyciężył Aleksandra Macedońskiego, Juliusza Cezara, Artura i Karola Wielkiego, lecz na próżno! Brunhilda Apostatka nienawidziła go i starała się przyprawić o śmierć, za to, że nie chciał z nią cudzołożyć. Tymczasem syn Piasta i Rzepichy kończył siódmy rok życia, zaczęto więc przygotowania do postrzyżyn. Przez te całe siedem lat, włosy na jego głowie rosły nieobcinane jak u dziewczęcia. Obrzęd postrzyżyn symbolizował przejscie spod opieki matki, pod opiekę ojca. Już w erze pierwszej, Swarożyc, syn Swaroga i Juraty, gdy liczył sobie siódmy rok życia, został jako pierwszy poddany temu obrzędowi, a uczestniczyli w nim również Mokosza i Świętowit. Owego dnia w Neście zjawili się Aniołowie, a w innej wersji misjonarze Jan i Paweł, uczniowie św. Metodego. Zaszli do dworu Popiela. Władca leżał na łożu z kości słoniowej, nieprzytomny po całonocnym piciu wódki, coś mamrotał i liczył opróżnione gąsiory. Za to królowa, pełna nienawiści do chrześcijaństwa, w obelżywy sposób wygnała misjonarzy i kazał poszczuć ich psami. Jan i Paweł, albo Aniołowie w ich postaci, błąkali się aż trafili do chaty Piasta, gdzie właśnie odbywały się postrzyżyny. Gościnność Piasta stawiano za wzór, nie tylko krewni i znajomi, ale też obcy, a nawet żebracy mogli liczyć na życzliwość i poczęstunek pod jego dachem. Jego siedmioletni syn stał na środku, a mężowie poczynając od ojca ucinali po puklu włosów. Również misjonarzom pozwolono to uczynić. Jan, gdy przyszła jego kolej, przemówił:
- Pozwólcie, że nadam imię temu dziecku – wszyscy się zgodzili, a on zwrócił się do chłopca. – Odtąd będziesz się nazywał Ziemowit, bo Bóg wybrał cię, byś władał ziemią – tymczasem Paweł zapytany przez biesiadników, kim jest ów Bóg, począł opowiadać o Jezusie i Jego Dobrej Nowinie. Piast i Rzepicha nie żałując niczego z wielkiej spiżarni, poczęli się obawiać, że nie starczy im zapasów, dla tak licznych gości, a trzeba wiedzieć, że do chaty Piasta na podgrodziu, przyszło pół Nesty, a także leśni ludzie, rusałki i wodniki. Jednak wieprzowiny, miodu, kołaczy i piwa nie ubywało, a co więcej – przybywało! Wszyscy z radością odkryli, że Jan i Paweł mocą Bożą rozmnożyli pokarmy i napoje, a był to znak.
- Kto powinien być królem? – pytał Paweł. – Ten kto karmi, czy raczej ten kto sam wszystko pochłania jak Śmierć? - jednak Piast był wierny przysiędze złożonej nieudolnemu władcy. Uczta trwała trzy dni, po czym uczniowie św. Metodego ulotnili się z grodu.
Cała Analapia miała dość swego króla. ,,Skoro Piast nie chce nami rządzić, to niech gnuśnego pryka zastąpi, któryś z jego stryjów; to mężni i zacni książęta’’ – mówiono powszechnie. Słowa te dotarły do uszu królowej Brunhildy Apostatki i wzbudziły jej niepokój. Wnet nakłoniła swego męża do działania.
- Motłoch się burzy, a twoi stryjowie, cała dwunastka co do jednego, spiskują przeciw twej władzy. Chcą cię wygryźć z tronu, a wtedy motłoch wybierze jednego z nich na króla. Czy ty mnie słuchasz, pijaku? – Popiel słuchał, choć bolała go głowa. Wszystkich dwunastu stryjów musi umrzeć; otruję ich. Ty udawaj, że jesteś chory i rychło umrzesz. Wydasz dla nich ucztę pożegnalną, która dla nich będzie ostatnią. Zrozumiałeś?
- Tylko niech przybędzie wiele panien, aby ich wianki nie więdły – ożywił się król, miłośnik rozpusty, którą nazywał miłością i wolnością.
- Dureń! – pomyślała Brunhilda.
Popiel II Gnuśny posłuchał żony. Po całym kraju rozesłał posłów do swych stryjów; namiestników prowincji. Udał śmiertelną chorobę i prosił, by przybyli pojednać się z nim i pożegnać. Tymczasem Brunhilda udała się do lasu, by szukać trujących ziół. Była noc, a po niebie latały chmary lelków kozodojów, Jeden z nich szczególnie duży, leciał blisko królowej i ostrzegał ludzkim głosem:
- Strzeż się! Zapłatą za grzech jest śmierć! – po czym odleciał. Był to sam Lelek, król wszystkich navaci i posłaniec Welesa, pana Nawi. Królowej dreszcz przeszedł po plecach, lecz jej serce było zbyt zatwardziałe, by słuchać przestróg.
- Nie wierzę w Chrystusa, ni w Peruna. Sama jestem sobie boginią i mogę ustalać co jest dobre, a co złe – pomyślała i posżła dalej. Ludzkim głosem ostrzegały ją sowy i nietoperze, dziki, jeże, ćmy i świetliki, wilki, rusałki, nawet trawy i drzewa, nawet wiatr, zdawały się płakać nad nią. Ryś padł jej do nóg, płakał jak człowiek i mówił: ,,Zawróć’’!, lecz nie został wysłuchany. Zwierzęta mówiły, była to bowiem Noc Kupały, lecz królowa nie zaniechała swego zamiaru. Wreszcie znalazł potrzebne zioła. Zerwała je i już w pałacu, zatruła nimi potrawy i napoje dla stryjów. Ustalono, że uczta odbędzie się nie w Neście, lecz w Krišvicy nad jeziorem Gopło. Z całej Analapii zjechali się goście; szczerze współczujący bratankowi. Skosztowali wymyślnych potraw i napojów, wina reńskiego i kiełbas, a już po kilku chwilach, leżeli na wykładanej kością słoniową i gagatem podłodze i wili się z bólu jak wyjęte z wody ryby. Jeden z nich, książę montański Lasota, odchodzący od zmysłów z bólu, rzucił przekleństwo na bratanka i jego żonę: ,,Żeby was myszy zeżarły’’! Nie minęło pół godziny jak wszyscy stryjowie udali się do Nawi. Obecne przy tym, tancerki zabawiające ucztujących, uciekły z piskiem, tylko jedna, w czarnej sukni, wciąż tańcowała. Popiel zdawał się nie wiedzieć i tym co zaszło. Brunhilda położyła zdobioną pierścieniami dłoń na jego ramieniu.
- Draństwo wytrute, nikt teraz nie zagrozi naszej władzy – rzekła. – Nie zasługują na pochówek, zgodny z zakonem króla Cztana III. Każę, by ich wrzucono do Gopła, niech nakarmią ryby – Popiel złapał się za kudłaty łeb i cicho jęknął: ,,Cośmy najlepszego zrobili’’?!, bowiem choć bał się utracić władzę, żal mu było stryjów. Smutny, wlepił lubieżny wzrok w piękną tancerkę, której nie przestraszył widok śmierci. ,,Oto perła wśród krasawic’’ – pomyślał podziwiając sylwetkę niczym rzeźbę spod dłuta Fidiasza, suknię odsłaniającą ramiona, brzuch i nogi, oraz długie, rozpuszczone włosy, czarne jak wody opływające Korsuń, błękitne oczy, piękne jak gwiazdy i cerę niby perły. Tańcząc wymachiwała chusteczką z czerwonego jedwabiu. Była to Zaraza, córka Mar – Zanny, lecz nikt nie wiedział o tym. Gdy Popiel zatapiał w niej oczy, z jej ust podobnych do koralu wyskoczyła myszka barwy krwi. ,,Od piwa łeb się kiwa’’ – pomyślał król. Zaraza machała chusteczką a na podłogę spadały małe, szare myszki. Jedna, druga, trzecia... wreszcie był ich milion. Wtedy tancerka wsiadła na czarnego jak smoła psa, dzierżącego kosę i wyleciała na nim przez okno, śmiejąc się szyderczo. Gdyby tylko na tym się skończyło! Myszy oblazły Brunhildę Apostatkę i Popiela II Gnuśnego, na próżno szukających schronienia na wysepce pośród Gopła i poczęły gryźć do krwi, aż objadły ciało do nagiej kości, a z tych wyssały szpik. Popiel umierając płakał i wołał: ,,Zgrzeszyłem’’! Pożarci zostali również ci ze sług i dworzan, którzy dobrowolnie brali udział w zbrodniach i bezeceństwach króla i królowej. Ponadto, pałac w Krišvicy, dzieło geniuszu budowniczych, tudzież krwi i potu chłopstwa i niewolników, runął uszkodzony mysimi zębami. W jednej wersji, Popiel i Brunhilda nie mieli dzieci, a w drugiej – mieli. Te były niewinne i nie zginęły w gruzach. Przygarnęli je leśni ludzie, a po wielu latach Popielik Starszy i Popielik Młodszy udali się na Bliski Zachód. Tam zostali kolejno władcami Rany i Wołogoszczy i walczyli z Danajami. Gdy umarł Neron, lud rzymski biegał w czerwonych, frygijskich czapkach, symbolu wyzwolenia. Podobna radość zapanowała w Analapii. Pozostał jednak problem; kto zastąpi złego króla? Jego stryjowie już nie żyli. Ostatecznie królem wybrano Piasta, a zaleciły to wyrocznie wszystkich bogów. Nowy władca udał się do Krišvicy i ujrzał tam ruiny wspaniałego niegdyś pałacu, w którym spoczywały obgryzione przez myszy ludzkie szkielety. Wszystkie drogocenne meble zostały zniszczone. Jedyne co ocalało to posag Brunhildy Apostatki – złoty krzyż, wbity w klepisko skarbca. Analapowie urągali mu słowami: ,,Oto Bóg Niemców, który nie potrafił obronić swego wyznawcy’’. Jednak Piast surowo zabronił im obrażać krzyża. Więcej, ukląkł i ucałował go z wielką czcią. Następnie tłumacząc to rzekł:



- Ten Bóg niech będzie pochwalony, bo dozwolił, by Popiela dosięgła kara. Nie przystoi, by stał samotnie wśród ruin. Chcę zabrać go do Nesty, umieścić w kapliczce zamkowej i tam czcić razem z innymi bogami – jak postanowił tak zrobił. Piast otrzymał od poddanych, zaszczytny tytuł Pana Przyrodzonego, który nosili również jego następcy, aż do ostatniego króla, Kazmierza Wielkiego, zmarłego Roku Pańskiego 1370. Założona przez niego dynastia wydała wielu wielkich władców, a w ,,Rocie’’ Maria Konopnicka nazwała Polaków ,,królewskim szczepem Piastowym’’. W 1675 roku zmarł ostatni z krwi Piasta, książę Jerzy IV Wilhelm, a rok 1707 zamknął dzieje rodu, śmiercią Karoliny, ostatniej Piastówny.

Złoty jeż


,,Mój mały, maleńki
czy ty o tym wiesz,
że nocą – północą
chodzi złoty jeż?
Drzew pilnuje w sadzie,
pod jabłonką śpi
[...]
czy ty o tym wiesz,
że ten jeż to wcale
nie jest żaden jeż?
[...]’’ - Ewa Szelburg – Zarębina, kołysanka ,,Złoty jeż’’.


Sławia, siostra Samona często słyszała jak inne niewiasty w wiosce śpiewały tę kołysankę. Zawsze ciekawiło ją, czy ów tajemniczy złoty jez istniał kiedyś naprawdę i czy rzeczywiście pod jego postacią ukrywał się człowiek. ,,Przecież świat nosi tyle dziwnych istot – myślała – to czemu nie mogą istnieć zaczarowane, złote jeże’’? Pewnej nocy, gdy jej brat już spał, wziąwszy nóż do obrony przed strzygami i wąpierzami; sługami króla Tybalda, opuściła chatę i poszła do opuszczonego sadu. Światło Księżyca padało na gruzy marmurowego dworca. Wokół pełno było sów i nietoperzy, lelków i świetlików. Dziki z lasu nie bojąc się Sławi przychodziły do sadu by jeść owoce spadłe z drzew. Było zimno i nic się nie działo. Sławia uważnie patrząc pod nogi widziała parę jeży, lecz żaden nie był złoty. Nagle w trawach coś mignęło. Dziwne zwierzątko poczęło dreptać ku siostrze Samona. Jak wielkie było jej zdumienie gdy ujrzała jeża – ulanego ze złota, z oczami z diamentów! Ukucnąwszy wyciągnęła rękę i poczęła wabić do siebie zwierzątko. Jeż zatrzymał się, stanął słupka i ...
- Chyba nie chcesz, bym cię ugryzł w palec? – rzekł ludzkim głosem, a Sławia wielce się zdumiała.
- Czy mogę cię zabrać do wsi, pokazać, że żyjesz naprawdę? – spytała.
- Możesz, tylko nie przetapiaj mnie na grzywny czy biżuterię – powiedział jeż.
- Czy jesteś zaklętym potworem? – spytała Sławia biorąc jeża na ręce.
- I tak i nie – odpowiedział tajemniczo złoty zwierz.
Po powrocie do chaty, jeż został postawiony na klepisku, a ta co go znalazła, położyła się spać. Rano Samon nie mógł uwierzyć oczom i uszom, gdy zobaczył niezwykłe, mówiące zwierzę przyniesione przez siostrę. Dziwna istota napiła się wody ze spodka i zaczęła opowieść.
- Wiele lat zanim tu przybyliście, byłem dziedzicem tej wioski i mieszkałem w marmurowym dworcu wśród sadu. Pewnego razu kazałem karbowemu by mi przyprowadził dziewczę, a wszystkie uznawałem za swoją własność. Karbowy przyprowadził smukła, rudowłosą pannę o zielonych jak u żbika oczach, ubraną w biel i mającą bliznę na szyi jak po ukąszeniu wąpierza. Nosiła wieniec z lilii, pierścień z jednorożcem, a na pasku – kiście winogron. Patrzyłem na nią z pożądaniem, jak na rzecz, a nie istotę ludzką, gdy wtem okazało się , że ta niby rusałka, czarownica, wąpierzyca miała szpony jak u orła. Przeorała mi nimi twarz, a ja zmieniłem się w to czym teraz jestem. Traktowałem dziewczyny jak zabawki, aż sam stałem się zabawką. Karbowy został zamieniony we wróbla, a dzień potem zjadł go jastrząb – z diamentowych oczu ciekły prawdziwe łzy, aż ukarany wzbudził współczucie.
- A czy gdybyś odzyskał ludzką postać, byłbyć lepszy? – spytała Sławia.

*
Złoty jeż imieniem Samowitaj szczerze żałował, aż na prośbę Sławi, Agej zdjął z niego czar. On zaś nigdy już nie traktował niewiast jak szmat. Poślubił Sławię i miał z nią synów i córki. Było to we wsi Syrokomle na polskiej ziemi. Parę lat później Samon został królem wielkiego państwa Słowian.

Manaman (opowieść króla Orfeja)




,,Atlantyda, przez Platona przekazana nazwa mitycznego kontynentu na obszarze oceanu Atlantyckiego, po drugiej stronie słupów Herkulesa (cieśnina Gibraltarska). Ląd ten miał w jednym dniu zanurzyć się w falach oceanu. Rzymscy przyrodnicy, n. p. Plinjusz, podobnie jak i greccy geografowie, n. p. Strabon wątpili w prawdziwość tego podania. Nie jest wykluczone, że do powstania tego podania przyczynili się w pewnej mierze kartagińscy lub feniccy żeglarze, którzy dotarli do wysp Kanaryjskich lub Azorów [...]’’ - ,,Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga tom 2 Assurbanipal do Caudry’’.


Daleko, na zachód od Ultima Thule i Góry Magnetycznej, fale oceanu omywały wielki ląd Atlantydę (Atlantis). Miał kształt koła, obrzeżonego plażami o białym piasku. Pełno na nim było nieprzebytych borów, pełnych dzikiego zwierza, szklanych, złotych i srebrnych gór, bagien, rzek, modrych jezior, ukwieconych łąk i niewielkich stepów. Mieszkali tam ludzie tacy jak w Europie, potomkowie Grabu i Jodły, wznoszący z marmuru pięknie malowane miasta (na sąsiedniej wyspie – Antilii było siedem grodów, a w każdym rządził kapłan Ageja). Królem Atlantydy był Ardanazy II (jego potomek z ery trzynastej, Ardanazy X miał kolonie w Afryce i został pokonany przez Tezeusza, króla Aten). Ubierał się w jedwab i złotogłów, na wszystkich palcach nosił złote pierścienie z drogimi kamieniami, z jego szyi zwisała wielka perła, z uszu srebrne kolczyki, a na głowie spoczywała platynowa korona. Zasiadał na tronie ze szkła i srebra, zaś spał na łożu z kości słoniowej z miękkimi poduszkami. Jadł słoniowe trąby i pawie języki ze złotych talerzy. Miał upajająco pachnący ogród, do którego przejścia potrzeba było dziesięciu dni, basen z dnem wysypanym perłami, szafirami i szmaragdami, ,,milion’’ żon z całego Nowego Świata, wielką menażerię, z której miał codziennie świeże mięso, zaciężną armię, a jego kucharze byli sędziami. Przeszedł do historii jako najgorszy władca Nowego Świata. Podbił Antilę, gdzie rządził król Ociepka, malujący dziwolągi i okłamywany przez Gorynycza, Avalon – tam kazał smokowi Vaverowi strzec córki Biały Ślad, Hy Brasil, Golkondę i Eldorado. Ta ostatnia kraina słynęła z tego, że króla nacierano maścią ze złotym pyłem – Ardanazy przejął tę tradycję. Wielu jego poddanych z głodu jadło dżdżownice i ślimaki, mieszkało w ziemiankach i krótko żyło. Godłem Atlantydy był modry wąż na białym polu, z którego pyska lała się woda. Król czcił go jako boga i składał mu ofiary z dzieci , chcąc by čortowski wąż zesłał deszcz. Jeńcom wojennym kazał wyrywać serca obsydianowym nożem, trochę ciała z ręki lub nogi ofiary było zjadane. Z jego rozkazu zrzucano panny w przepaść i zabijano dzieci u podnóża gór.

,,Niech codziennie, mąż, niewiasta lub dziecko, nakłuwają uszy, wargi, lub części sromne igłami i krople krwi ofiarują Słońcu, by nie zgasło, bo było już pięć Słońc, a to jest ostatnie’’

- rozkazał w całym imperium. Pewnego razu dowiedział się, że przed potopem, król Kościej, panujący na wschód od Ultima Thule i Góry Magnetycznej posiadał czarodziejską, kryształową czaszkę z zatopionego kontynentu Sonor. Mógł w niej widzieć rzeczy odległe. Opowieść ta rozpaliła w Ardanazym II żądzę podboju ,,nieznanego lądu wschodniego’’ i odnalezienia kryształowej czaszki.



*
- Manamanie, ty ani się nie bawisz z kolegami, nie tańcujesz z dziewczętami, nie chceszpomagać ojcu i mnie w gospodarstwie, jedynie grzebiesz pogrzebaczem w popiele – żaliła się Mana, żona Lira (Leara). Chłopiec nic nie odpowiadał. Było tak przez długie lata. Lir, Mana i Manaman mieszkali na małej wyspie Man u wybrzeży Britainy. Pewnego dnia, ojciec posłał syna na targ do miasteczka. Miał sprzedać zboże, jaja i ryby. Poszedł niechętnie. Poszukując nabywcy ujrzał siedzącą na głazie, prześliczną niewiastę ze złotą lirą w dłoniach. Jej długie włosy były barwy piasku na plaży, a oczy modre jak morze. Nosiła długa, zieloną suknię i o dziwo – miała skrzydła jak bocian. Z rubinowych ust wytryskiwała pieśń o pięknie dalekich krajów, których większość mieszkańców Man nie znała nawet z nazwy. Wszyscy słuchali urzeczeni, a sam król wyspy złorzył u stóp śpiewaczki swoja koronę. Serce Manamana, rozpaliło pragnienie podrózy i bohaterskich czynów. Wracał do chaty, a pieśń wciąż rozbrzmiewała w jego duszy.
Nazajutrz ujrzał ze zdziwieniem tę samą niewiastę co śpiewała i grała w miasteczku. Co to miało znaczyć?
- Jestem Wiosną – powiedziałą pani ze skrzydłąmi bociana – wasze imiona Lir i Mana, a to wasz syn – Manaman – ten otworzył ze zdziwienia buzię. – Wczoraj słysząc mój śpiew zapragnął dalekiej podróży. Czy nie tak?
- Pani chyba jest ... – począł bełkotać młodzieniec.
- Oddajcie cześć Agejowi, nie mnie – rzekła Rodzenica. – Zapraszam waszego syna na wyprawę, jakiej nie zapomni do końca życia – ciągnęłą – ojciec ci mówił, że niewiastom się nie odmawia – w głowie Manamana zapanował zamęt.
Bał się, zastanawiał, a coś mu mówiło, że taka okazja może się już więcej nie powtórzyć. Wreszcie przełamał się i rzekł:
- Prowadź – dzień upłynął na pakowaniu ekwipunku i pożegnaniach z rodziną. Po wielkiej uczcie pożegnalnej, Wiosna zabrała Manamana na oświetloną ksieżycowym blaskiem plażę. W oddali coś wystawało z wody, niby góra, na której wznosił się okazały gród.
- Czy to nowa wyspa? – zapytał zdumiony Manaman.
- Skąd – zaprzeczyła Wiosna – nie słyszałeś o Jaskaniuszu, sławnym wielorybie? – w pamięci chętnego do podróży coś odżyło. – Ostatnio połknął parę statków i za karę na jego grzbiecie wyrosło miasto – z podgrodziem, murami, domami ...
Wtem rozległ się głośny szloch. To płakał wieloryb.
- Ciężka jest moja pokuta. Latami nie mogę zanurkować, a co ludzie wyprawiają takie harce na moim grzbiecie, że szaleję z bólu. Prosiłem już o pomoc morskie czarownice, w których oczach widać koniki morskie, lecz były bezradne ...
- Tu nie trzeba czarów, tylko skruchy – zawołała Wiosna. – Jeśli żałujesz, wypuść połknięte okręty, a Agej zdejmie twoje brzemię – Jaskaniusz otworzył szeroko pysk i nawy jedna po drugiej poczęły opuszczać jego trzewia. Gdy ostatni korab znikł za horyzonetm, cały gród ze świstem oderwał się od wielorybiego grzbietu i przeniósł się na Księżyc. Zwierz z radością zanurkował, a po jakimś czasie znów się wynurzył.
- Jak mogę się odwdzięczyć? – spytał uradowany.
- Zrobisz mi przyjemność, jeśli będziesz okrętem dla tego młodzieńca.

*
Pod opieką Wiosny i Jaskaniusza, nasz bohater przeżył wiele przygód. Sztormy przerażały go tak, że często chciał powrotu na rodzinną wyspe, lecz gdy się wypogadzało – zmieniał zdanie. Towarzyszyło mu jedenastu Morganów, zwanych też ,,morskimi ludźmi’’. Było to zrodzone przez Juratę plemię morskich wodników o wyglądzie całkowicie człowieczym, bvudujących wspaniałe podwodne domy i pałace. Ich matkami, siostrami i żonami były słynące z urody Morganki, zaliczane do okeanid. Manaman wystąpił jako mediator w ich grożącym wojną sporze z innymi dziećmi Juraty – z Fomorami. W przeciwieństwie do urodziwych Morganów, mieli oni bycze głowy i tylko jedną nogę (o stopie normalnych rozmiarów), poza tym wyglądali jak ludzie. Syreny i morskie rusałki bały się ich szpetnego wyglądy, inni mieszkańcy morza, również unikali Fomorów, którym przypisywano okrucieństwo i złośliwość. Część z nich stała się taka naprawdę, wybierajac morskiego Čorta Tetrę (tak Celtowie nazywali Przegrzechę). Gdy wieloryb przepłynął u wybrzeży Irlandii, Manaman zobaczył leżącego na plaży morskiego smoka; pół krokodyla, pół traszkę, pół fokę. W jego ogonie tkwił miecz wykuty przez Morganów. Podróznik wyjął oręż z ogona. Wóczas ze zwróconego w jego kierunku krokodylego pyska wydobył się ryk, lecz smok nie atakował. Manaman wrócił na grzbiet Jaskaniusza z mieczem w ręku.
- Czy warto było narażać życie dla jakiegoś głupiego potwora? – pytał się jeden z Morganów.
- To nie litość, lecz okrucieństwo jest słabością – broniła człeka córka Roda.
Jaskaniusz wiózł niezmordowanie podróznych na Najdalszy Zachód. Minął Irlandię, wybrzeża Galii (w erze jedenastej zwanej: Lascaux), aż pewnego razu oświadczył:
- Znajdujemy się na zachód do Ultima Thule i Góry Magnetycznej.
- Czy teraz grozi nam spadnięcie w dół, w paszczę Gorynycza? – zafrasował się Manaman.
- Skąd! – zaprzeczył kaszalot. – Opływałem zachodnie lądy wiele razy. Jeden z połkniętych przeze mnie korabi był z Atlantydy – podróżni pierwszy raz słyszeli tę nazwę – krągłej wyspy o białych plażąch. Mówią, że rządzi nią tyran ...
- To prawda – potwierdziła Wiosna.
- Oprócz Atlantydy, w tej stronie świata są takie lady jak Avalon, Hy Brasil, Antila, Eldorado i Golkonda.
Pewnego dnia, podróznicy wysiedli u wybrzezy wyspy Hy Brasil, aby spotkać się ze zmarłymi bliskimi. Zmarli mieszkali tam pod opieka Morskiego Welesa. Coi co przybyli, ze zdziwieniem spostrzegli powiewajacą na wietrze banderę białą z wizerunkiem niebieskeigo węża. Gad wypuszczał z pyska potok wody. Gdy Manaman z Morganami oglądał chorągiew, podszedł doń jego dziadek.
- Ten znak widnieje w całym Nowym Świecie – wyjaśnił starzec. – To co widzisz to godło Atlantydy.
- Czy ten wąż to Gorynycz? – spytał się jego wnuk.
- Tak – potwierdził jego dziadek – ale na Atlantydzie nosi inne imię. Król Ardanazy czci tego Čorta, skłąda mu ofiary z dzieci i karze wierzyć, że wąż zsyła deszcz. Ardanazy to wielki zdobywca, co utopił we krwi cały Nowy Świat. Strzeż się Manamanie – skoro posłyszal o kryształowej czaszce Kościeja może zacząć podbój wyspy Man i nie tylko...
Po trzech dniach opuszczono Hy Brasil i jasakniusz popłynął w stronę innej wyspy, nad która powiewała wężowa flaga. Wyspą tą był Avalon...

*
- Widzę ląd, a na nim olbrzymi kikut drzewa, a na nim trupie głowy – zawołał jeden z Morganów.
- Mówiłaś pani, że Avalon jest pięknym lądem – rzekł Manaman do Wiosny.
- Był taki jak opowiadałam – rzekła Rodzenica. – Ten kikut drzewa to pozostałość najwyższej na wyspie jabłoni. Jednak odkąd w imieniu Ardanazego II rządzi tu smok Vaver, całą wyspę ogarnęła żałoba. Widzisz z oddali tę wieżę ze szkłą? Tam król Atlantydy uwięził swą jedyną córkę Biały Ślad, gdzie ona stanie tam wyrasta biała koniczyna. Uwięził ją, bo sprzykrzyło mu się, gdy wstawiała się za ofiarami jego okrucieństw – Jaskaniusz nagle przestał płynąć, a wszyscy podrózni przez plytką wodę dostali się na złocisty brzeg.
- Było nam dobrze ze sobą, ale co dobre szybko się kończy – wydobył się głos z paszczy walenia. – Pogrążę się wreszcie w ukochanych głębinach, lecz gdy będziecie mnie potrzebować – wrócę. Najdroższej córze Roda , jeszcze raz dziękuję, bo bez niej moja kara trwałaby ostatni tysiac lat mojego życia, albo i dłużej – po tych słowach, serdecznie żegnany, wypuścil z nozdrzy fontannę wody, po czym z wolna nikł w falach. Wielu wspominając wspólne przygody miało łzy tęsknoty w oczach, ale przecież wieloryb nie jest pływającą wyspą. Na plaży nad którą powiewała widziana również w Hy Brasil, chorągiew Atlantydy, pożywiono się morgańskim chlebem z wodorostów, po czym po chwili odpoczynku Manaman i inni ruszyli w głąb wyspy. Dawniej piekne lasy, teraz w większości składały się z nagich kikutów drzew – była to robota smoka. Na łące Manaman ujrzał jakiegoś ludzika w kwiatowym kielichu. Siedział na szczypawce, czyli skorku i pił jakiś napój z postacią niewieścią tych samych rozmiarów.
- Ardanazy pozabijał wszystkich królów podbitych krain – tłumaczyła Wiosna – z wyjątkiem króla Avalonu, Pigwigena, którego właśnie widzisz. Pigwigen nigdy nie rządził, a tylko bawil się z elfami, aż wreszcie stał się tak mały jak one same – król Avalonu zajęty konwersacją nie dostrzegł Wiosny i Manamana. Królewski syn Oberon (Overonus) poślubił rusałkę z Atlantydy, Tytanię (Titaniya). Służył im chochlik Puk z Britainy, przez jakiś czas mieszkali w królestwie Tezeusza i kłocili się o pazia z Bharacji (vide Szekspir ,,Sen nocy letniej’’). Wiosna z Manamanem oddaliła się od Morganów, aż oczom Celta ukazała się błyszcząća w blasku Słońca, szklana wieża, a wokół walały się ludzkie kości. Niedaleko ziała dziura w ziemi – jak się domyślacie; kryjówka smoka.
- Vaver przez długi czas pożerał najkraśniejsze niewiasty wyspy. Jednak tym razem, odmówiono mu okupu. Poleciał przeto na Atlantydę, by zapytać króla, czy pozwoli mu zjeść Biały Ślad. Ardanazy się zgodził – ledwo Wiosna skończyła opowiadać, na spaloną ziemię padł ogromny cień i rozległ się łopot czarnych skrzydeł. Wielki jak niedźwiedź, czerwony jak krwawnik, ze złotymi oczyma, zębami jak wąpierz, szponiastymi łapami i wężem zamiast ogona. Taki był Vaver. Z pyska leciała mu ślina na myśł o zjedzeniu królewskiej córki. Manaman wyjął miecz wykuty na dnie morza przez morgańskich kowali i rzucił się na smoka. Odciął mu wężowy ogon, a następnie głowę. Zanim to nastąpiło, walka trwała od południa do zmierzchu, zaś w trzewiach potwornego namiestnika wyspy tkwiły zlote klucze do szklanej wieży...
- Piękniejsza od niej jest sama Jurata! – wykrzynął jeden z Morganów, gdy ujrzał swego ludzkiego towarzysza prowadzącego za rękę pannę o bursztynowych, długich warkoczach i modrych oczach, wychudzoną, lecz nadal piękną, ubraną na biało. Gdziekolwiek stanęła, tam natychmiast wyrastały białe koniczynki. Towarzyszyły jej tłum mężów i niewiast z pochodniami, których niegdyś broniła. Byli to mieszkańcy Avalonu. W sercu Białego Śladu zagościła obawa; czy jej ojciec nie zechce pomścić śmierci namiestnika.
- Nie bójcie się króla Atlantydy – przemówiła Wiosna znając jej myśli. – Będę prosiła Juratę, by okryła Avalon mgłą tak gęstą, że nikt was nie odnajdzie – tymczasem Bialy Ślad z radością przyjęła od Manamana obrączkę z morgańskiego złota. Noc uplynęła na współnej zabawie, zaś z samego rana, z morskich otchłani, począł się wynurzać jakiś kształt, barwy brązu, jakby na oczach wszystkich, nowa wyspa, wynurzyła się z oceanu.
- Komu w drogę, temu czas! – ozwał się niby trąba, znajomy głos, a obok ,,wyspy’’ pojawił się ogon podobny do rybiego. Biały Ślad nigdy nie widziała mówiącego wiloryba, ten zaś spostrzegł ją. – Gdyby panienka mnie nie znała, jestem Jaskaniusz z rodu potwali. Pan Manaman z Man i szlachetni Morganowie wiele mogliby panience opowiedzieć o swojej żegludze na moim grzbiecie – po godzinie wszyscy podróżni i niektórzy ciekawi spośród Avalończyków, byli na grzbiecie wieloryba. Niektórzy Morganowie zaręczyli się z avalońskimi, ludzkimi niewiastami i rusałkami.
- Jaka szkoda, że zostawiamy Nowy Świat pod władzą tyrana – zmartwil się Manaman.
- Kto uratował jedno życie, to tak jakby cały świat uratował – pocieszyła go Wiosna.
Brzegi Avalonu powoli znikały za horyzontem, a nad całą wyspą, miast nagiego kikuta, górowała wspaniała kwitnąca jabłoń, najwyższa na świecie.

*
Ardanazy II siedział na tronie, pod wyszywanym drogimi kamieniami baldachimem, a obok niego stał wielki piec, w którym palono tych, co odmówili pomocy w szukaniu kryształowej czaszki. Okupował właśnie wyspę Man. Jego spiże straszyły na Ultima Thule, slonie z Golkondy tratowaly Galię, łucznicy z Eldorado trzymali w szachu Brytów, konnica z Antilii niszczyła zasiewy Irlandczyków, Piktów i Szkotów. Jaskaniusz pływał u wybrzeży wyspy Man i nic nie wiedział o strasznych wydarzeniach. Smok morski z Irlandii, którego Manaman wyswobodził od miecza wbitego w ogon, próbował bronić wyspy, lecz król kazal wrzucić w morze barana wypchanego siarką i smołą, co uśmierciło morskiego potwora. Celtowie bronili się dzielnie, lecz najeźdźca był silniejszy. Manaman walczył w obronie swej wyspy, zaś jego byli towarzysze morskiej podróży zginęli oprócz jednego. Teraz posłowie władcy wędrowali na najdalsze kresy kontynentu, by wypytywać się o kryształową czaszkę.



*
- Powiadają ludy Wschodu, że gdy jakiś król wyzwał na pojedynek Kościeja Nieśmiertelnego, ten poszczuł go niedźwiedziami. Zobacz parchu, jaki spotyka cię zaszczyt, sam król zechciał brudzić sobie ręce twoją posoką! – Ardanazy szydził z Manamana, który wyzwał go na pojedynek, który nie miał widza. Władca Atlantydy sprawnie parował ciosy miecza, aż powalił przeciwnika na trawę. Wtem ujrzał zwierzę podobne do pantery. Cętkowane, smukłe, o spiczastych uszach i długim, ostro zakończonym ogonie. Onza z Atlantydy. Kot warczał, po czym chwycił Manamana w zęby i uciekł z nim do lasu, gdzie Biały Ślad opiekowała się rannymi.

*
Kilka dni później jakiś pomysł ożył w głowie króla. Wyrwał w ofierze parę serc, po czym zaklinał Čorta rządzącego kryształową czaszką, by przysłał mu ją gdziekolwiek by była.
W erze jedenastej, Żelazny Zamek, siedziba Naraicarota I został spalony z rozkazu królowej Tatry. Jednak kryształową czaszka nie zginęła w płomieniach. W zamęcie uratował ją jakiś strzyżeń, którego później zabił zaatakowany przezeń myśliwy. Odtąd cały jego ród używał czarodziejskiego przedmiotu do namierzania zwierzyny. Wszyscy w owym rodzie ginęli gwałtownie, pili na potęgę, kradli i mordowali, bo taka była moc czaszki. W czasach Manamana jego ostatnim przedstawicielem był myśliwy Kudelinas z litewskiej ziemi. Pewnego razu postanowił polować na foki nad Morzem Srebrnym. Już ujrzał wymarzone zwierzęta na plaży, gdy zawieszona na jego szyi czaszka poczęła drgać. Drgała coraz mocniej, aż poleciała jak rzucony kamień w morze, ciągnąc człowieka za sobą. W morzu usłyszał głos Juraty: ,,Zdejmij to z szyi’’! – on jednak zbyt mocno był przywiązany do pamiątki rodowej, by się jej pozbyć. Utonął bezdzietnie. Tymczasem, przeklęta czaszka, płynęła jak ryba i z każdą godziną zbliżała się do wybrzeży wyspy Man. Ardanazy II codziennie wypatrywał jej na plaży, aż wreszcie ujrzał. Wyciągnął ją z wody. Uradowany wrzeszczał, śpiewał, skakał i fikał koziołki. Przytulał czaszkę do serca i biegł z nią w stronę tronu. Nagle wyślizgnęła mu się i hul – do pieca. Król bez wahania podążył za swym skarbem i nagle znalazł się w ogniu. Drzwi do pieca zatrzasnęły się i spłonął żywcem. Wraz z nim, ogień unicestwił czarodziejską czaszkę z Sonoru – w żarze rozsypała się na kolorowy proszek. Wojna dobiegła kresu. Biały Ślad wdziała żałobę i szczerze opłakiwała swego ojca, a po narzeczeństwie wyszła za Manamana. Imperium Atlantydy rozpadło się, a każda jego część w pokojowy sposób otrzymała swego króla. Manaman jako zięć spalonego w piecu władcy, otrzymał koronę i prawo do zasiadania na szklanym tronie i z żalem opuścił rodzinną wyspę, której jednak nigdy nie zapomniał. Miał synów i córki, a po wielu latach, Celtowie włączyli go do swego panteonu jako rzekomego boga morza.

Bharatiena


,,Ucław zaszedł tygrysa od tyłu i począł dusić samemu się przewróciwszy. Dopiero po czasie ujrzał na ruinach grobowca piękną kobietę. Nosiła koronę z ognia na długich i czarnych włosach. Była smukła i miała wielkie, niebieskie oczy, świecące jak gwiazdy. Przypominała wyglądem Tatrę, lecz miałą ciemniejszą skórę, a między oczami wystający z czaszki świecący kamyk. Była ubrana w białe sari z czerwonym wizerunkiem Mokoszy, a siedziała na tronie okrytym śniegiem, morskim piaskiem, porośniętym sandałem i palmami. Na jej ramieniu siedziały paw i dziki kogut, a u stóp tronu leżał wilk.
- Otus Bharatiena, roykova gracilis1! – rozległy sie szepty, a szczególny szacunek okazali topielcy i zwykli Bharatyjczycy.
Na kolanach zmarłej królowej usiadły Sumbava i Flores, zaczęły się pojawiać inne jej córki, synowie i mąż – król wodników Gangos’’ – K. Oppman ,,Perłowy latopis’’


- Mamo! Mamo! – z lasu dobiegało wołanie królewny Dżawy, która zdyszana stanęła przed obliczem swej matki Bharatieny i ojca Gangosa. Ich córka była ubrana w czerwoną suknię, a w dłoni trzymała coś zakrwawionego, dużego, szarego, uzbrojonego w białe, ostro zakończone zęby.
- Dziś na polowaniu wyrwałam żuchwę dzikowi! – pochwaliła się Dżawa, a jej siostra Sumatra i brat Kalimantian przytaszczyli resztę ,,czarnego zwierza’’. Małe ludziki z wyspy, nazwanej później imieniem Dżawy, grały na rożkach. – Od teraz będę miala przydomek Świnka – rozmarzyła się silna królewna.
- Umiesz wyrwać dzikowi żuchwę – odezwała się Bharatiena – a czy umiesz przywrócić mu życie? – Dżawa wypuściłą łup na trawę.

*
Królowa Bharatiena kochając zwierzęta badała je i opisywała w opasłej księdze. Badała je w plenerze, a także w założonym przez siebie zwierzyńcu. Na jej dziele, zatytułowanym ,,Zwierzęta’’ wzorował się w erze dwunastej Kosa Owinniczew pisząc ,,Animalistykę’’. Jak sam napisał:

,,Bharatiena gromadziła, badała i opisywała zwierzęta z całej Wyrajszczyzny. W jej ogrodzie bytowały tapiry z Malain, nosorożce, słonie, mamuty z Krainy Białych Pól, jedno i dwugarbne wielbłądy z Al – Baktar, roślinożerne nietoperze i odkryte przez nią gołyszki. Ryjonosy z Sinea, gronostaje, kuny, sobole i rosomaki z Białopolski, wydry, borsuki, bobry, zające, szczekuszki, jelenie, sarny, daniele, łosie, renifery, antylopy, gazele, bure i czarne niedźwiedzie, białe niedźwiedzie, białe puchatki z Sinea, rude pandy, żubry z ob. Prometu, owcowoły z Białopola, tury, bawoły, bentengi i gaury. Ogromny, biały szczur, żyjący w ogniu, dzikie konie, jednorożce, pegazy, kułany, wilki, szakale, cyjony, lisy, chimery, lwy, tiherny, sfinksy, lewarty, gepardy i irbisy z Imalain. Żbiki, chausy, manule, koty rdzawe z Seylanu, koty kuse, taraje, małpy, to niektóre z hodowanych przez nią zwierząt ssących. Na kartach ‘Zwierząt’ opisała tez odkryte przez siebie beo, beznogie sylfy z Kazuarii, pawie, dzikie kury, ogromne bażanty z Kartwelii, pelikany, kormorany, orły, sępy, kolorowe kaczki z Sinea, kazuary i feniksy, czyli żar – ptaki. Odkryła takie gatunki ryb jak strzelczyki pryskacze, przeźroczki, całuścce oraz skoczki mułowe. W specjalnych basenach trzymała delfiny z Gangosu i Niebieskiej Rzeki Białych Delfinów, krabby, morsy, foki z jezior Nordlin i Aspin. Morskie konie, kraxy i kraki, oraz węże morskie. Żółwie lądowe, wodne i morskie. Wielkie morskie kameleony z pletwami, kameleony, gekony i warany z Wyspy Szczurów. [...]’’

- cytowana tu pierwsza część ustępu ,,Animalistyki’’ o zwierzyńcu Bharatieny i tak nie oddaje całego bogactwa zwierzyny i wiedzy królowej.



W miejscu gdzie wznosiła się jej stolica królem dużych, pręgowanych kotów, zwanych tihernami był Bangala (Wengałła), mąż Anej Arztein. Wengalle (Bengali) i jego żonie służyła tiherna Tygrys Uszatek, gepard Akko Jubastin i śnieżna pantera Yrbos. Potężny król tygrysów jeszcze przez kolejne ery pilnował świątyń i grobowców w asyście czarnych tygrysów. Anej Arztein miała białe futro w czarne pręgi, a trójkątne uszy Tygrysa Uszatka były dłuższe od jego głowy. Bharatiena bardzo przyjaźniłą się z całą czwórką2. Zanim poznała Gangosa, jeszcze jako dziewczynka spotkałą Wengałłę w lesie. Zwierz nie zrobił jej krzywdy i dostał mleka. Od tego czasu Bharatiena i jej siostry niemal codziennie bawily się z nowym przyjacielem. Wengałła bronił je przed innymi tihernami, lewartami, lwami, sfinksami i małymi smokami. Przyjaźń była tak wielka, że dorastająca i piękniejąca dziwożona nie dostrzegała oglądających się za nią młodych wodników. Tiherna pochłaniała ją całkowicie. Pewnego razu za zgodą rodziców, pewnych o bezpieczeństwo córki, wsiadła na grzbiet Wengałły i razem z siostrami udała się na wycieczkę. W krainie Gata Okidentalnaya zaatakowała ją mantrykona. Stwór ów wielkości lwa, był czerwony. Ludzka głowa, ciało i łapy lwa i odwłok skorpiona sprawaiły, ze nie sposób było pomylić mantrykonę z jakimkolwiek innym stworzeniem. Ów najszybszy z wszystkich stworów, pędem sokoła pobiegł ku Bharatienie. Jednak przed rusałką wyrósł nagle Wengałła i wywiązał się pojedynek. Mantrykona uciekła, lecz zdążyła ukłuć tihernę swym skorpionim kolcem. Życie ulatywało zeń, a pręgowane futro obmywały gorące łzy Bharatieny i jej sióstr. Co było zrobić? Sąsiedzi pod postacią Świateł mówili na bagnach:

,,To dlatego, że ów lew pręgowany jest dla niej ucieczką od świata. Wybrała zwierzę, aby uciec z nim od bycia żoną i matką. Przymierze przeciwko światu nie jest prawdziwą miłoscią, nawet wobec zwierza’’.

Były to plotki – dużo w nich było nieprawdy, a trochę prawdy. Gdy siostry płakały coś w trawie poruszyło się. Była to myszka.
- Jeśli chcecie ożywić lwa pręgowanego – pisnęła – musiecie udać się na północ i zachód, bo tam mieszkają Leśny Duch i Pani Zwierząt; oni mają moc go ożywić – myszka miała na myśli Borutę i Leśną Matkę. – Sprawcie sobie trzy kostury spiżowe, gdy je złamiecie będziecie na miejscu – myszka znów skryła się w gąszczu, a Bharatiena, aby zwrócić życie swemu przyjacielowi wystarała się o trzy kostury ze spiżu i zabezpieczywszy ciało w jaskini, udała się w kierunku północno – zachodnim.
Szła przez stepy pełne węży grubych jak ludzkie udo i pożerajacych je gryfów, lasy nad którymi latały zionące ogniem lwy i lamparty, przez rwące rzeki mieszczące szczupaki i sumy mogące łykać żubry... Pod postacią Światła umykała przed wielkim brunatnym smokiem, a uzbrojone w sierpy poludnice zabrały jej broszkę (resztę biżuterii sprzedała, by sprawić sobie piżowe kostury). Więcej jednak doświadczyła dobroci róznych stworzeń. Niedźwiedzie broniły ją przed latającymi lwami, gepardy niosły przez step na swych grzbietach, a czarownice udzieliły noclegu w jednym z jarów. Gościny udzielały jej wodniki i rusałki w mijanych jeziorach i rzekach, a na rosyjskiej ziemi łokisy karmily ją owocami. Wreszcie złamal jej się ostatni kostur ze spiżu i stanęła na białoruskiej ziemi. Słyszała, że Leśny Duch – Boruta i Pani Zwierząt – Dziewanna Šumina Mati mieszkają w chatce na bagnach zagubionych w sercu puszczy. Siadła, by spocząć, gdy wtem las stanął w ogniu. Jej uszy świdrowało wycie ponad setki latawców. Dowodził nimi morski i powietrzny Čort Przegrzecha z polskiej (kaszubskiej) ziemi. Służył pod rozkazami Lewiatana i chełpił się, że

,,jest pocześniejszy od Juraty i Pochwista, bo rządzi ich obydwiema dziedzinami naraz’’.

Ognisty orkan pędził ku przerażonej Bharatienie, lecz nagle stanęła obok niej kobieta w białej sukni z wyszytym na niej wędrownym sokołem, siedzącym na świerkowej gałęzi. Pani podniosła rękę i latające Čorty z rykiem odleciały.
- Jestem Dziewanna Šumina Mati, Pani Zwierząt i Leśna Matka – delikatnie położyła dłoń na ramieniu Bharatieny. – Pokój tobie przyszła królowo rusałek. Jesteś ze wschodniego Końca Świata, twoją tihernę użądliła mantrykona. Przybywasz do mego męża, by ożywił twojego przyjaciela. Stanie się to, ale uprzedzam – nie od razu – Bharatiena skłoniła się i w milczeniu poszła za Leśną Matką.
Obie były już w Rokitnickim Siole i weszły do chaty. Na tronie z wikliny siedział mąż w ognistej koronie i spode łba patrzał na klęczącą przed nim struchlałą Bharatienę.
- Świat jest tak urządzony, – przemówił wreszcie – że niemożnością jest, aby jakiekolwiek zwierzę żyło wiecznie. Nie lubię mej siostry Mar – Zanny, ale gdyby nie ona, zabrakłoby pożywienia i nastałyby straszne katusze głodu. Twoja tiherna mieszka teraz w Nawi i jest szczęśliwa.
- Ależ panie... – zaoponowała Bharatiena.
- Porządek musi być – podniósł głos Boruta, jednak nie mógł się oprzeć błagalnemu wzrokowi żony. – Żądasz wiele i wiele będziesz musiala zapłacić. Jeśli chcesz, bym ożywił Wengałłę policzysz wszystkie liście w lesie.
- Nie jestem Enką! – przeraziła się rusałka.
- A więc Wengałła może zgnić? – spytał się Rokita.
Bharatiena wyszła z chaty i wdrapała się na olchę, by liczyć liście. ...100, 101, 102, 1000... – liczyła gorączkowo, lecz szybko poczęła się mylić, a przecież zosatł się jeszcze cały las! Wtem - na gałązce usiadła modra sikorka i po toropiecku ozwała się do dziwożony:
- Odpocznij, a wraz z innymi ptakami policzę liście – była to Mokosza pod postacią ptaka.
Bharatiena usnęła na gałęzi, a wokół zaroiło się od leśnego ptactwa wszystkich gatunków. Latały wokół drzew i rachowały, aż w końcu sikora obudziła wędrowniczkę i oznajmiła, że wszystkich liści w odrosłym po najeździe węży z Zaziemia Lesie Północno – Wschodnim jest ,,milion milionów, połowa tego i ćwierć tej połowy’’. Bharatiena podziękowawszy ptaszkowi pobiegła podac wynik Borucie. Ten uznawszy prawdziwość odpowiedzi dał jej kolejne zadanie.
- Noś na paznokciu krople wody, aż uzbierasz całe wiadro! – praca została wykonana w trzy dni.
Teraz przyszło najgorsze...

,,Przed Lynxem klęczała zielonowłosa rusałka z czerwonymi, świecącymi oczyma. Jedno z jej dzieci trzymał Lynx uzbrojony w obsydianowy miecz. Z czerwonych, gorących oczu lały się łzy, bowiem zbój nie mógł znaleźć wodopoju i zamierzał napić się krwi’’ - ,,Tatra cz. I Misja’’

W kącie izby rusałka o ciemnozielonych włosach (kolor naturalny!) przyciskała do piersi swe niemowlę, a obok czaił się potwór. Imię jego Perepłut. Wyglądał jak pręgowana hiena, w miejscu głowy mająca obnażoną lwią czaszkę. Wodnik Perepłut, syn Łobostki został sługą Boruty i Leśnej Matki na początku ery dziewiątej, nie wiadomo z której królowej. Przybierał różne postaci. Jego brat Močar nie przyjęty na służbę do Rokitnicy, stał się sługą Rykara.
Szkieletohiena (bo tak nazywał się ów potwór), już miała rzucić się na rusałkę z niemowlęciem, gdy dostep do niej zagrodziła jej Bharatiena. Była za słaba, by zabić stwora, przeto prosiła go, by zjadł ją, a tamte istoty oszczędził. Potwór zatopił lwie kły w jej karku, a wtem wszystko znikło i zapadła w sen. Gdy się obudziła, ujrzała Borutę mówiącego:
- Dzielnie się spisałaś. Twój tygrys żyje razem z Anej Arztein. Jest to biała tygrysica, królowa tych zwierząt. Ty zaś wracaj do siebie i obdarz miłością wodnika z rzeki Gangos. Będziecie pasować do siebie – po chwili dodał. – Ci, których uratowałaś to była ułuda, aby cię wypróbować. – Perepłut stał przed nią pod postacią wodnika – to jest mój sługa, książę rokitnicki Perepłut. Umie przybierać przeróżne posatci – następnie Boruta wskazał drzwi zbite z różnych gatunków drewna.
- Tymi drzwiami wrócisz z powrotem na Koniec Świata – otworzył je i oczom rusalki ukazał się gęsty, zielony las.
Padła do nóg Enkom i weszła przez owe cudowne drzwi, a powitał ją słyszany z oddali ryk słoni. Na spotkanie wybiegli jej rodzice, siostry, a po chwili ujrzała Wengałłę, całego i zdrowego. U jego boku stała biała tygrysica w czarne pręgi. Na jej głowie złociła się korona, podobnie jak na głowie Wengałły. Była to królowa Anej Arztein, córka Artana Lwa Pręgowanego. Oba tygrysy obaliły Bharatienę na trawę i poczęły ją lizać jak psy.
Po jakimś czasie wyszła za gangosa z rzeki tegoz nazwiska i została matką Dżawy, Sumatry, Iriamy, Sumbawy, Flores, Malai, Kalimantiana i Celebesa. Ten ostatni, na wyspie nazwanej później jego imieniem poślubił rusałkę Anoę, wypasającą karłowate bawoły nazwane jej imieniem. Po śmierci królowej Araxii wybrano Bharatienę na jej nastepczynię, a ta na stolicę wyznaczyła Mrówkowo – wschodni gród zbudowany przez mrówki wielkości ludzi.

*
Najpierw urodziły się Sumbawa i Flores. Były to dwie śliczne dziewczynki. Miały już drugi roczek, gdy w pałacu zjawiły się cztery postaci kobiece. Smukłe i blade, miały na sobie czarne suknie, a wleciały przez otwarte okno na czarnych skrzydłach. Niczym czarownice miały palce zbrojne w orle szpony. Między oczyma nosiły wizerunek czarnej czaszki. Beszelestnie podeszły do łóżeczek Sumbawy i Flores i już, już wyciągały ku nim szponiaste palce, gdy...
Mamo!!! – wrzasnęła Flores, a zaraz po niej Sumbawa.
Rodzice zerwali się z poslania, lecz od dwóch intruzów otrzymali ciosy ciężkimi włóczniami. Ostrza przebiły serca, obaliły na podłogę i przygwoździły do niej. Nie groizlo im to śmiercią, bo zniszczona tkanka mogła odrosnąć. Wołano straż aż ta przyszła. Jednak Sumbawy i Flores już nie było. Zostały porwane w szpony i wyniesione oknem. Niepożądanymi gośćmi były mamuny, zwane też małpami. Niektórzy malarze przedstawiają je w sposób budzący wstręt i zgrozę. Służyły Rykarowi wywodząc się z rusałek, czarownic, a w późniejszych erach także z ludzkich kobiet. Pojawiły się w erze dziewiatej za królowej Kury. Pożerały niemowlęta i male dzieci, czasem wyjadały nienarodzone wygryzając je z łona matek, lub powodując poronienia. Oprócz tego pastwą ich żarłoczności padały trupy i różne zwierzęta. Najsłynniejszymi mamunami były Locha (Lesena) i Evcelma ov Taurayakova.

*
Morze nazywane w różnych erach Morzem Ancylusa, Joldów, Srebrnym, Bałtykiem nioslo swymi falami krew okeanid, najad, syren, trytonów, morskich wodników, satyrów, sylenów, mnichów i biskupów. Przegrzecha usiłował wywołać wojnę każdego z każdym. Gdy doniesiono o tym Bharatienie wsiadła na zaprzyjaźnionego kraxa i płynęła, płynęła przez Morze Trzcin. Jej krax przepełznął przez ląd i dalej plynęli na północ. Minęli Wyspę Słoni, cieśnine, w której ongiś, w erze szóstej Jurata zatopiła flotę króla Trimusa, Irlandię, Wyspę Wiosenną, aż wielki gad zaniósł królową ku skrwawionemu morzu. Fale wyrzucały na brzeg ciala jego rozumnych mieszkańców. Dwie syreny biły, u wybrzeży wyspy Uznam okeanide łańcuchem, a ta zasłaniała się rękoma i broczyła modrą krwią. Wtem – z morza wynurzył się ogromniasty żółw o żółtawo – cielistej skórze, brązowej skorupie, ciemnozielonych oczach i spiczastym pysku pełnym bialych, ostrych jak brzytwy zębów. Krax! Syreny z piskiem dały nura w głębinę, lecz okeanida była zbyt osłąbiona by uciekać.,,Zostanę zjedzona’’ – myślała z rozpaczą, gdy wtem w kraxowego pancerza zeszlą driada w koronie.
- Jestem Bharatiena, twa królowa. Pokój tobie – wdzięczna okeanida rzuciła się jej na szyję – Zwołaj twoje siostry, by przybyły na Uznam – poleciła Bharatiena, sama zaś zanurkowała ze swym kraxem, by rozesłać wici do wszystkich rozumnych stworzeń tego morza.
W ciągu tygodnia wyszły niemal wszystkie na plaże, wlepiając oczy w królową. Ta zaś przemówiła.
- Czy nie srom wam przypada, o córki i synowie Juraty i córki i synowie jej matki i siostry Mokoszy Aredvi, że przelewacie swą krew w takiej bliskości jej bursztynowego domu?! Wasze swary są dziełem Čorta Przegrzechy, który chce ująć chwały waszym Matkom i chce abyście się wymordowały – po tych słowach pokazała wszystkim pęk rózgowy. – Spróbujcie je złamać! – do Bharatieny podchodzily kolejno najady, okeanidy, trytony, wodniki, morskie satyry, syleny, morscy mnisi i morscy biskupi.
Nikt nie mógł złamać pęku rózgowego, ani na kolanie, ani kilkoma mackami. Wreszcie gdy nie było już chetnych, królowa wyjmowała kolejno rózgi z peku i je łamała, a gdy skończyła robote rzekła:
- Tymi rózgami byliście wy. Przegrzecha chce rozbic waszą jedność, by móc was wytracić – rzesza zrozumiała naukę.
Na piasek padaly miecze, trójzęby, harpuny, włócznie, powstał wielki lament i jeszcze wczorajsi wrogowie teraz ślubowali żyć w pokoju. Z oddali dobiegał żałosny ryk Przegrzechy. Po tym wydarzeniu królowa otrzymała przydomek Złotoustej.

*
Zmarła w wieku ośmiuset lat, a na jej pogrzebie córki pod postacią Świateł niosly na niebie prześcieradło wołając: ,,Oto co nasza matka zabierze do mogiły’’!

,,Yrbos z czcią skłoniła się przed okazałym budynkiem bez ścian. Tworzyły go białe, rzeźbione kolumny w liczbie dziesięciu, które podtrzymywały złoty, uformowany w iglicę dach. Szpic sięgał niemal siedmiu metrów, a wieńczył go rubinowy dysk. Wokół było rozrzuconych siedem malutkich sadzawek i siedem różnych rzeźb kobiecych, obsypanych liliami, w których sercach i na dłoniach stale palił się ogień. Przed każdą rzeźbą klęczał mniejszy posążek kobiety, która miała ogieniek w nadstawionych dłoniach. [...] Wchodząc ujrzeli wmurowane w okap dachu drewniane (lecz w środku żelazne) liczydło, ozdobione wizerunkiem człowieka chroniącego się przed tygrysem na drzewie i odliczonymi koralikami, które symbolizowały liczbę 776. [...] Zeszli na dół po siedmiu schodach, z których pięć pierwszych było wyłożonych rubinami. Wokół widzieli dziewięć posągów kobiety przewyższającej urodą najpiękniejsze Bharatyjki. Każda rzeźba trzymała w dłoniach diament o dziesięciu kolcach. [...] Wieńczyły je girlandy białych róż, goździków, liści palmowych i oliwnych, krowie ogony – bharatyjski symbol zwycięstwa i kłosy zboża; pszeniczne i ryżowe.
- Patrzcie! – przerwał milczenie Tygrys Uszatek wskazując łapą na palenisko, a następnie on, Akko Jubastin, Yrbos, a z nimi pozostali okrążyli je. – Tu spalono zwłoki królowej rusałek Bharatieny – tłumaczył. – Bharatyjczycy obchodząc miejsce kremacji oddają hołd swym zmarłym. [...] Na poczesnym miejscu był umieszczony zegar słoneczny. [...]
- Bharatiena była bardzo mądra – zaryczał nagle ogromny tygrys w koronie, a wszyscy spojrzeli nań – kochała życie i bolała gdy ktokolwiek je sobie marnował lub odbierał. [...] Zegar słoneczny straszy w grobowcu, ale i uczy mądrości, bo... straszy.’’ – K. Oppman ,,Perłowy latopis’’

W erze dziesiątej powstało na indyjskiej ziemi państwo Bharacja.

1 Oto Bharatiena; wielka królowa!
2 Yrbos dołączyła do nich dopiero po stworzeniu człowieka